Bum, bum, bum, bum… Uderzanie piłki o parkiet podświadomie zaczyna kreować rytm Twojego serca. Nie zastanawiasz się nad tym, chcesz zrobić swój pierwszy dwutakt na lewą rękę, potem pierwszy raz dorzucić z osobistych, a jeszcze potem trafić swoją pierwszą trójkę. Zaczynasz pojmować podstawy, Twój mózg powoli rozróżnia zasłonę od uderzenia kogoś w twarz. Trener amator, ledwo na studiach, ale się stara. Potem zaczyna się poważniej, Ty starasz się być poważny, szczególnie jako kapitan drużyny licealnej. Ale dopiero na trzecim roku, bo przez dwa lata przecierałeś szlaki. Ten Twój trzeci sezon jest przełomowy, w czwartym jesteś Bogiem, w konsekwencji czego urywają się telefony do Twoich starych. Jesteś Jesusem Shuttlesworthem z „He Got Game” swojego świata, ale Twój ojciec nie zabił przypadkowo matki, nikt u Ciebie nie chodzi z bronią na ulicy. Interesuje Cię tylko miłość do gry i do… cipek. Uczysz się normalnie, ale głowa siedzi wysoko w chmurach.

Zastanów się jeszcze raz, słyszysz? Bum, bum, bum, bum… To znowu ten rytm z dzieciństwa, kiedy nie widziałeś nic poza pomarańczową kulą ściśniętą przez czarne paski. Bum, bum, bum, bum… Rytm jest niby ten sam, ale nagle dorastasz, jesteś „Pan Student”, to taki prawie dorosły, który musi się tylko uczyć, ale z rozkoszą opierdala słoiki z bigosem do torby, kiedy tylko odwiedzi rodzinne gniazdo. Panie Studencie – skup się, bum, bum, bum bum…

Pierwszy rok jest kiepski, odstajesz intelektualnie i trochę fizycznie, ale szybko się zbierasz w drugim semestrze. Wszystko zaczyna mieć sens, nie musisz już walić gruchy, jesteś „Pan Koszykarz”, więc zawsze coś się do zaruchania znajdzie. Jakoś przechodzisz przez ten pierwszy rok, nie będąc już Jesusem Shuttlesworthem z „He Got Game” swojego świata. Zaczynasz proces od początku. Musisz zapierdalać jak nigdy wcześniej, ogarniasz się jako człowiek. Mija drugi rok, sam zauważasz progres, jeździsz mniej po słoiki. Głównie dlatego, że trener od motoryki wrzucił Ci odpowiednią dietę. Melanżujesz mniej, albo więcej. Grunt, że umiesz się pozbierać, zadbać o ciało.

Bum, bum, bum, bum… Wracają dobre czasy, bo trzeci i czwarty rok studiów to same pasmo sukcesów. Masz dobre oceny, jesteś liderem koszykarskiej ekipy swojego uniwerku, po treningach chodzisz do biblioteki, odpoczywasz, czasami zaliczysz jednak Jesusa Shuttleswortha z „He Got Game” ze sceny z blondynkami – człowiek nie zwierzę, żyć na poziomie musi. Kończy się powoli rok numer cztery, a Ty zaczynasz ze strachu walić pod siebie. Co dalej? Kim będę? Dyplom zrobiony, zostało tylko kilka spotkań do rozegrania. Musisz dać z siebie wszystko. Oddychaj, będzie dobrze, tylko głęboko oddychaj. Bum, bum, bum, bum…

Wygrywacie sezon regularny, potem turniej wewnętrzny i nagle zaczyna się taniec na wielkiej scenie. Nosisz ze sobą duży plastikowy worek, na wypadek gdyby przez stres dopadły Cię torsje. Nie ma żartów, bo jeżeli przegrasz, to wszystko co wcześniej Cię spotkało zniknie z Twojej pamięci na co najmniej jedną dobę. Nie będziesz się zastanawiał co i z kim kiedyś robiłeś, będzie myślał tylko i wyłącznie o danej chwili. Że przegrałeś, że jesteś nikim, że to koniec. Błąd, dla wielu jesteś ich prywatnym bohaterem. Spójrz w lustro, weź porażkę na klatę, a zwycięstwo traktuj jako nagrodę. Żyjesz, masz wykształcenie, znowu jesteś gwiazdą. Brałeś wszystko na swoje barki, ludzie Cię lubią, nie tylko za koszykówkę. Żyjesz i żyj – to Twój moment, jedna droga kończy się dopiero tam, a równocześnie zaczyna się nowa. Możliwości mnóstwo.

Pamiętasz? Bum, bum, bum, bum… Żyjesz i żyj…

Tegoroczny Turniej NCAA wskrzesił we mnie ostatnie namiastki wiary w koszykówkę. Jeszcze mnie do końca nie kupiłaś Koszykówko, ale… No tak, ten Turniej, który dał nam masę niesamowitych historii, pozwolił wejść w umysł tych ludzi chociaż na chwilę. Turniej, w którym bardzo szybko odpadali faworyci, a ci „mali” dostali swoje zasłużone pięć minut. Turniej, który dał nam na chwilę UMBC i pieprzoną Loyolę-Chicago, przypominając dobre czasy Butler, VCU, Wichity State – kochamy Was za tamte lata. Turniej, w którym bohaterowie albo zawodzili, albo nadal dumnie stali, reprezentowali jak tylko mogli. Łzy, uśmiechy, emocje – nie ma nic lepszego w koszykówce niż emocje oraz historie. Te prawdziwe historie dzieciaków, za którymi nie kryją się blichtr, kłamstwa, dwulicowość i pieniądze. Może nie wszystkie są prawdziwe, ale popatrz w ich oczy. Popatrz w oczy tych dorosłych chłopaków, którzy grają o swoje życie prawie dziesięć tysięcy kilometrów stąd, mając w sercach swoje bum, bum, bum, bum…

Ten najlepszy dla mnie Turniej od lat zasługuje na porządny toast, a moim toastem będą wspominane historie. W końcu też w jakimś stopniu tym żyję. Twoje zdrowie Turnieju –  dziękuję, że mnie nie zawiodłeś. To były udane randki, Koszykówko. Zaskakuj mnie tak dalej…

***

Chciałem napisać kilka dużych rzeczy o Loyoli-Chicago i Kansas, ale tegoroczny Finał bardzo mnie porwał.

Loyola-Chicago zostali kolejnym kopciuszkiem w historii NCAA Tournament, który się postawił, spełniając tym samym marzenia chłopaków z małego  uniwerku, w tym alma mater Huberta Radke, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam. Trener Porter Moser przychodził do Ramblers z konkretnym planem odbudowy programu, który w tym sezonie zdominował Missouri Valley Conference, głównie defensywnym stylem gry oraz pracowitością. W życiu nie słyszelibyśmy o Claytonie Custerze, Benie Richardsonie, Donte Ingramie, Marquesie Townesie, czy misiowatym Cameronie Krutwigu. Jasne, Ramblers mieli trochę szczęścia w ujęciu całej drabinki, tego kto odpadł, jak to wszystko potoczyło się po drodze, które rzuty wpadły, a które nie. Mimo wszystko przez 32 minuty półfinału z Michigan to oni nadawali ton i byli prawie w Finale NCAA, za nim Wolverines zrobili siedmiominutowy run, trafiając niemal wszystkie rzuty. Mieli też Moe Wagnera…

Moser zbudował ten zespół trochę z przypadkowych okoliczności, ale miał całkiem dobry skauting w tym sezonie, Loyola miała Siostrę Jean, cały koszykarski świat nagle był z nimi. Tego nic i nikt im nie odbierze. Ten zlepek ciężko harujących graczy osiągnął najlepszy wynik w historii uczelni, który nie prędko zostanie powtórzony. Być może ci ludzie odnieśli największe sukcesy sportowe w swoim życiu. Sportowe, bo NCAA to nie tylko sport, ale również opcje na inną przyszłość. Nie zapominajmy o nich, miejmy ich na radarze w kolejnym sezonie, kiedy Moser straci trzon zespołu, ale będzie pracował nadal z Crutwigiem, Williamsonem i Townesem. To tam czekają kolejne wyzwania.

Twoje zdrowie Loyola-Chicago, Twoje zdrowie.

Toasty wznoszę również za Kansas. Tak, za Kansas Billa Selfa, który od trzech/czterech sezonów robi w Lawrence małe NBA, analizując grę na pick and rollach, katując momentami small ball aż miło. Nie wiem czy nawet Villanova w tym sezonie grała efektowniejszą koszykówką niż Kansas. Nie wiem, nie dałbym sobie za to główki uciąć. Self stworzył fajny system, gdzie atletyczni wingmani grywają na piątce, to rzeczy, które działy się m.in. z Joshem Jacksonem w ubiegłym sezonie, w obecnym z fantastycznym Sviatoslavem Mykhailiukiem, który kończy pełną karierą w Kansas, mając niecałe 21 lat.

To jak Self wskrzesił Malika Newmana po transferze z Mississippi State, rozwinął Udoke Azubuike, którego historia również zasługuje na wyróżnienie. To jakiego gracza zrobił z Devonte’ Grahama, wcześniej z Franka Masona. To wszystko pokazuje, że Kansas są nadal w ścisłej czołówce programów, które kreuje w większym stopniu graczy kompletnych, mając również one and dones przy odrobinie szczęścia w rekrutacjach, przy obecnym monopolu Kentucky i Duke. Self korzysta ze wszystkich narzędzi jak tylko może, stara się w swoich graczach zaszczepić jak najwięcej informacji odnośnie profesjonalnego basketu. Potwierdzić to może z pewnością sam Joel Embiid, który chłonął od Selfa jak tylko mógł, ucząc się tak naprawdę mega poważnej koszykówki dopiero w barwach Jayhawks.

To są rzeczy, których nie wyplewisz z programu Rock Chalk Jayhawks. Nie zabierzesz Selfowi stylu gry i faktu, że ma na swoim koncie jeden tytuł z 2008 roku i w sumie trzy pobyty w Final Four. Nie zabierzesz mu tego, że rok w rok wygrywa Konferencję Big 12, jedną z najmocniejszych w lidze, nawet pomimo małych problemów w trakcie sezonów regularnych.

Szkoda, że Kansas trafili na kolejny kozacki mecz Villanovy już w półfinale, ale taki jest po prostu sport. Zostali zdemolowani już na starcie, mimo fantastycznego meczu z Duke w Elite 8. W przyszłym sezonie nadal powinno być o nich głośno. Co prawda odchodzą Graham i Myhhailiuk, ale mam nadzieję, że Malik Newman (o ile nie odejdzie), Udoka Azubuike i Lagerald Vick stworzą doświadczony trzon, który nadal będzie reprezentował godnie Jayhawks Basketball. W składzie zostanie przecież pracowity i atletyczny Silvio De Sousa, z klasy 2018 przyjdą utalentowany shooter Quentin Grimes i jeden z lepszych PG w kraju Devon Dotson. Plus na środku potężny David McCormack z prestiżowej Oak Hill Academy. Dojdą również bracia K.J. i Dedric Lawson po transferze z Memphis, a także Charlie Moore z Californii. Pod względem talentu i długości ławki Kansas już teraz wyglądają lepiej na papierze, wręcz strasznie, dlatego absolutnie się nie martwię. Bill Self jakoś sobie poradzi…

MARZENIA MOE WAGNERA

Kevin Garnett oraz niewytłumaczalna miłość do Michigan chudego dzieciaka z Niemiec, który w 2013 roku zobaczył Wolverines w Final Four – to wszystko złożyło się na spełnianie marzeń, które obecnie spełniania Big Moe. Od tamtej pory Moritz Wagner chciał zrobić wszystko, aby zagrać w NCAA dla Johna Beileina. Dlaczego? Powód był błahy. Ówczesny team Michigan, którego trzon tworzyli Trey Burke, Nick Stauskas, Tim Hardaway Jr., Glenn Robinson III i Mitch McGary (tak! Mitch McGary!)  był w trakcie fenomenalnego runu do Finału podczas NCAA Tournament 2013. Wolverines przegrali co prawda w samym Finale z Louisville, ale utalentowany nastolatek z Berlina zapamiętał styl gry Wolverines, który bardzo mu imponował.

Dwa lata później jako freshman przemierzał jeszcze niepewnym krokiem kampus w Ann Arbor, którego koszykarska historia sama w sobie jest… historią, ale nie do końca usłaną różami. Zabierane rekordy oraz banery Final Four z czasów Fab Five, późniejsze afery pod koniec lat 90-tych i dopiero jakieś tam pasmo ponownych sukcesów za kadencji Johna Beileina sprawiły, że Michigan znowu wrócili na koszykarską mapę od zawsze solidnej Konferencji Big Ten. Przez pierwszą dekadę XXI wieku program nie był w stanie wyjść z marazmu, kiedy sterował nim Tommy Amaker, dlatego władze Michigan zdecydowały się oddać męską koszykówką w ręce Beileina. Beilein był doświadczonym coachem, który prowadził m.in. West Virginią i Richmond, a okazja poprowadzenia Wolverines nie przestraszyła entuzjasty pochodzącego z Burt, w stanie Nowy Jork. Beilein dźwignął program, sprzątając również akademicki burdel po swoim poprzedniku, a bilansem tego były dwie wizyty w Final Four w ciągu pięciu ostatnich lat.

Moritz Wagner pewnie nie miał pojęciach o tych rzeczach, nie wiedział zbyt wiele o przeszłości Michigan, ale ostatecznie zapracował na tamtejsze stypendium jako jednej z najbardziej utalentowanych graczy swojego rocznika w Europie. Tylko, że tacy gracze na tle NCAA nie są już tak utalentowani. Bilans był taki, że Wagner podczas swojego pierwszego sezonu grał mało, uczył się amerykańskiego stylu gry – w sumie klasyka, która ima się niemal każdego europejskiego gracza próbującego swoich sił w Division I. Dopiero sezon 2016/17 był dla Wagnera jak i całego Michigan przełomowy. Wstrząsającym miesiącem miał być marzec, kiedy Wolverines o mało nie zginęli w katastrofie lotniczej, gdy lecieli na wewnętrzny Big Ten Tournament. Maszyna musiała lądować awaryjnie – to wydarzenie na tyle zżyło całą ekipę, że problemy sezonu zasadniczego odeszły w zapomnienie. Wolverines wygrali Big Ten Tournament w cuglach, prowadzeni przez fenomenalnego Derricka Waltona Jr., który również dał nadzieje fanom na wielkie rzeczy w Turnieju NCAA.

To był drugi sezon Wagnera, Moe Wagnera, już nie Moritza, który stał się jednym z najbardziej lubianych osobników na kampusie. Drugi i jakże ważny sezon pod kątem rozwoju, kiedy Wagner rozegrał wszystkie mecze jako starter, zaliczając rewelacyjne spotkanie z Louisville podczas drugiej rundy ubiegłorocznego NCAA Tournament. Moe miał wtedy 26 punktów, upsetując Cardinals z Dononvanem Mitchellem w składzie. Wolverines co prawda odpadli później z Oregon Ducks, ale sam Wagner był bardzo dużą obietnicą na kolejny rok dla całego programu.

Nikt z ekspertów raczej się nie pomylił, bo Wagner stał się klasycznym przykładem stałego progresu i wybuchu formy podczas trzeciego sezonu w NCAA, niosąc na swoich barkach Michigan najpierw przez Big Ten Tournament, a potem przez tegoroczny Turniej NCAA, kiedy w zasadzie sam zdecydował o losach Wolverines w Final Four, pokonując Loyolę-Chicago. Wagner miał 24 punkty i 15 zbiórek, stając się pierwszym graczem od czasów Akeema Olajuwona (Houston – 1983), który miał minimum 20/15 w meczu Final Four. Trójkę zamyka Larry Bird z 1979 roku. Historie…

Dlatego tym bardziej było mi trochę przykro patrzeć, jak pasja Wagnera zamienia się we łzy po finałowym meczu z Villanovą, który Moe rozpoczął znakomicie od zdobycia pierwszych 9 z 11 punktów Michigan. Potem zaczął być podwajany, trochę prowokowany, ostatecznie kończąc spotkanie na poziomie 16/7. Mimo wszystko zaliczył najlepszy sezon w karierze, charakteryzując się jako pracowity Big Man nowoczesnej koszykówki, który potrafi rzucać za trzy punkty (prawie 40% w tym sezonie). Przy takiej mieszance skillu, ułożonego rzutu i ogromnej chęci do walki, Wagner nie jest nawet pickiem na pierwszą rundą, co mnie po prostu osłabia i potwierdza fakt, że te wszystkie Mocki można sobie w tyłki wsadzić.

Po Wagnera powinni się zgłosić Dallas Mavericks, gdzie utalentowany Niemiec mógłby czerpać garściami od Dirka Nowitzkiego i być tym wysokim w obecnym systemie gry, którego tak usilnie Mavs starają się pozyskać.

Będę ogromnie trzymał kciuki za taki plan, bo Wagner zasługuje na miejsce w lidze. Z drugiej strony może również zostać na ostatni sezon w Ann Arbor, dając upust emocjom, które będą w nim buzować jeszcze przez długi czas. Ja życzę mu z całego serca udanej kariery na poziomie zawodowym. Niemcy mają w swojej reprezentacji game-changera na lata, może nie tak utalentowanego jak Lauri Markkanen, ale mogącego robić na parkiecie w zasadzie wszystko czego wymaga się od obecnych silnych skrzydłowych.

SNY O POTĘDZE…

Chciałbym być dzisiaj Daną O’Neil koszykarskiego dziennikarstwa. Być tak blisko Villanovy, która zdobyła drugi tytuł w ciągu trzech ostatnich lat. Być tak blisko obok Jaya Wrighta, człowieka prawdziwej klasy, pokory, dżentelmeństwa. Chciałbym być Jayem Wrightem, który nie miał łatwego startu jako coach w NCAA, a o mało co nie został sprzedawcą. Chciałbym być tym Jayem Wrightem, który uczył się poważnego trenowania u wielkiego Rolliego Massimino, będąc w wieku 26-ciu lat asystentem w Villanovie (lata 1987-1992). Chciałbym być tym Jayem Wrightem, który gra po cichu akademickie NBA, zawdzięczając wiele ciężkiej pracy i życzliwości – swojej oraz ludzi, których spotkał podczas tej niesamowitej podróży. I w końcu – chciałbym być tym Jayem Wrightem, który potrafił zebrać całe środowisko Villanovy do kupy, po rozczarowującym Turnieju 2017. Wildcats wrócili, blowoutując NCAA Tournament 2018 jak nikt inny.

Dostając spory kredyt zaufania, rekomendacje od swojego mentora Rolliego, Jay Wright wpadł na kampus Villanovy w 2001 roku, po tym jak w latach 1994-2001 prowadził Uniwersytet Hofstry, zaliczając dwa ostatnie, w zasadzie spektakularne sezony w America East Conference. Jego relacje z Massimino przypominały relacje ojca z synem, dlatego pierwszy tytuł Wrighta z 2016 roku był tak emocjonalny. Massimino, który sam zdobywał Mistrzostwo 1985, zmarł w wieku 82 lat w sierpniu 2017. Tym bardziej Jay Wright obok cierpienia czuł również, że ma do wykonania misję. Po odejściu Krisa Jenkinsa i Josha Harta ‘Nova przystępowała do sezonu 2017-18 jako jeden z faworytów, ale pal sześć te wszystkie rankingi, spekulacje i przewidywania. Dla Wrighta liczyła się tylko jedność – to co wyróżnia Villanovę w ostatnich latach. Plus oczywiście doświadczenie istotnych graczy. Idzie za tym fakt, że Villanova nigdy nie była programem one and dones, który ściąga najlepszych graczy na tylko jeden sezon. Za tym nie idą wielkie sukcesy, przeważnie. W ostatnich latach Wright rekrutował ludzi mniej więcej z Top 15-50 (Brunson, Spellman), nawet z Top 80-100 (Hart, Jenkins), dając im duży kredyt zaufania przez trzy-cztery lata kariery na kampusie oddalonym o jakieś 18 mil od Philadelphii.

Od objęcia przez niego stanowiska głównego trenera, ‘Nova w samych Draftach wypuściła do NBA ledwie pięciu graczy:

Randy Foye – 2006 (pick 7)

Kyle Lowry – 2006 (pick 24)

Dante Cunnigham – 2009 (pick 33)

Darrun Hillard – 2015 (pick 38)

Josh Hart – 2017 (pick 30)

Co ciekawe, w całej historii Villanovy jedynym graczem one and done był Tim Thomas – wybrany z siódmym pickiem w Drafcie 1997. Na tym polega wyjątkowość tego programu.

Mała liczba wydraftowanych zawodników nie jest wyznacznikiem całej kariery 56-letniego Wrighta, z którym kojarzone są głównie przywiązanie, lojalność oraz pasja. Masa ludzi pod jego okiem wyrosła na bardzo dobrych graczy akademickich, również studentów, którzy swoimi ocenami zapracowali na otrzymanie dyplomu. I ciężko się też nie zgodzić pod kątem fajnego stylu Wrighta, który podobnie jak Bill Self w Kansas, robi w Villanovie akademickie NBA, przystosowując graczy do obecnych czasów small ballu. Jego rotacje często składały się z trzech guardów, popującej czwórki oraz wysokiego, który również potrafi rzucić z dystansu. W tym sezonie Villanova zdemolowała rekord NCAA pod względem trafionych trójek – 464 (poprzednio Virginia Military 2007 – 442), rzucając przez 40 spotkań tego sezonu na skuteczności ponad 40%. Szalone, naprawdę szalone.

Podobnie jak cały NCAA Tournament w ich wykonaniu, kiedy od samego początku blowoutowali ludzi dwucyfrową różnicą punktów. Nawet biorąc pod uwagę problemy i fantastyczny mecz z West Virginią, czy minimalny opór Texas Tech – ‘Nova weszła na wyżyny w Final Four, kiedy z Kansas gracze Wildcats trafili 18 trójek, bijąc tym samym rekord „ostatniej czwórki”. Szalone, znowu szalone. 13 trójek wpadło w pierwszej połowie, a ekipa Wrighta zaczęła ten mecz od dwóch runów po 11-2, a w zasadzie od jednego wielkiego runu 22-4, który ustawił cały mecz. To miało być starcie dwóch drużyn w stylu NBA, ale ostatecznie szokująca pierwsza połowa sprawiła, że nie mogłem skupić się na świątecznym śniadaniu. I mimo wielkich ludzi z Kansas z wielkimi karierami, Villanova zagrała kosmos w defensywie, switchując każdy pick and roll, zastawiając deski, ostatecznie roznosząc w pył zespół wg mnie godny finału.

Z Michigan było podobnie, to jak zmiana biegów, kiedy jeszcze na początku pierwszej połowy gorący Moe Wagner robił wynik, Wright nacisnął pedał gazu, zostawiając Wolverines w tyle już po pięciu minutach drugiej płowy, a wynik 51-33 opowiedział w zasadzie historię poniedziałku do końca. Jay Wright stał się trenerem niemal kompletnym, będąc dopiero czwartym coachem w ostatnich 30 latach, który zdobył drugi tytuł w trzy sezony – Duke 1991/1992, Kentucky 1996/1998, Florida 2006/2007.

Masa, naprawdę masa dobrych rzeczy związanych z Villanovą, na które musielibyśmy poświęcić dwa tygodnie urlopu. Rewelacyjny Jalen Brunson, który zgarnął wszystkie statuetki dla najlepszego gracza roku, za wyjątkiem Wooden Award, którą wg mnie na 100% dostanie w połowie kwietnia. Syn Ricka Brunsona, pilny uczeń, wg Jaya Wrighta najbardziej dojrzały człowiek w składzie, biorąc pod uwagę cały sztab, lekarzy, psychologów, profesorów. Najlepszy gracz w Big East, moim zdaniem Top 3 rozgrywających tego sezonu, który w tych zasranych Mockach nie łapie się nawet do pierwszej rundy. Gdzie tu kurwa jest logika? Low-post, pull up jumper, średnio 19 punktów, prawie 6 asyst i ponad 40% za trzy. Mierzący 193 cm Brunson najlepszy sezon w karierze okrasił mistrzostwem, mając na uwadze przede wszystkim sukces zespołu, podkreślając chyba z 15 razy w wywiadzie jak bardzo kocha swoich drużynowych braci i jak dużo im zawdzięcza.

Nie codziennie widzisz w telewizji tak dojrzałego 21-latka, od którego bije klasa. To są małe rzeczy, małe gesty – chociażby to jak mimo porażek gratulował swoim topowym rywalom, jak żegnał Jevona Cartera z West Virginii, czy Devonte’ Grahama z Kansas. Nawet to jak ucieszył się, gdy Donte DiVincenzo zgarnął nagrodę dla najlepszego gracza NCAA Tournament. Brunson obok Danny’ego Manninga (Kansas), Christiana Leattnera (Duke), Shane’a Battiera (Duke) i Anthony’ego Davisa (Kentucky) został piątym graczem w historii, który po statuetce AP POY zdobył mistrzostwo NCAA. Rzeczy… Te rzeczy Brunson wyniósł z domu, kiedy jego ojciec Rick, obecnie asystent w Minnesota Timberwolves, cisnął go do granic możliwości. Nie robił tego, bo sam chciał zaspokoić własne ego oraz wynagrodzić sobie podróżniczą karierę w NBA. Robił to, bo prosił go o to jego syn. Za każdym razem, kiedy Rick Brunson pytał Jalena o to, czy na pewno chce zostać zawodowcem, chłopak odpowiadał twierdząco. Warunek był jeden – pomoc w zamian za ciężko pracę. Dzisiaj Jalen Brunson zbiera plony, dając nadzieję na kolejnych kompletnych graczy po kilku latach studiów. Czekamy…

Donte DiVincenzo był w teamie 2016, ale w cywilu, po tym jak rozegrał ledwie 9 pierwszych spotkań jako freshman. Co ciekawe, wg statusu red shirt, technicznie rozegrał dopiero swój drugi sezon w NCAA, kończąc go wręcz historycznie. 31 punktów z ławki w Finale – to najwięcej finałowych punktów od czasów Glena Rice’a w 1989 roku (miał 34 dla… Michigan), a teraz uwaga – najwięcej w historii NCAA pod kątem gracza wchodzącego z ławki. W przyszłym sezonie powinien być w Top 10-15 najlepszych graczy Division I. Chłopak ma wszystko na opcję 3-and-D, może grać na pozycjach 2-3, jest bardzo inteligentny, a Jay Wright po prostu mu ufa.

Mikal Bridges – podobnie jak Donte, był podczas kampanii 2016, ale to gracz z klasy 2014 (był dopiero 82-gi w Top 100!), który w swoim pierwszym roku nie grał – więc pod kątem akademickim ma status red shirt junior, ale wiekowo to już senior. Jego kariera jest typowym odzwierciedleniem tego co dzieje się ostatnio w Villanovie. Pokazuje w jaki sposób gracz się stopniowo rozwija, by na trzecim lub czwartym roku być jednym z najlepszych zawodników w kraju. Bridges miał dość cichy Turniej NCAA, ale w Finale pokazał klasę, bombardując Wolverines w odpowiednich fragmentach meczu na 19 punktów, w tym 3/7 za trzy. Obecnie to facet na loterię Draftu, który w dzieciństwie wychowywał się bez ojca i na każdym kroku podkreśla jak wiele zawdzięcza swojej mamie. Tyneeha Rivers urodziła Bridgesa w wieku niespełna 20 lat, poświęciła mu całą swoją uwagę, w międzyczasie pracując i chodząc na studia. Ciężkie lata pracy zaowocowały tym, że Rivers obecnie pełni funkcję Wiceprezydenta od HR w… Philadelphii 76ers, a jej syn z dyplomem ma szansę na wielką karierę w NBA. Co najlepsze, Brett Brown w swoim teamie właśnie kogoś takiego by potrzebował, długiego i dynamicznego gracza 3-and-D, który pod kątem mentalno-koszykarskim jest przygotowany do gry na najwyższym poziomie.

To cała Villanova, to ludzie, to trenerzy, gracze, środowisko. To Omari Spellman, który od przyjścia do Wildcats schudł jakieś 25 kg. To Eric Paschall, który po transferze z Fordham stał się nagle jedną z najbardziej produktywnych czwórek w lidze. Czeka go wielka kariera w Europie, jeżeli chłop nie dostanie szansy w NBA. Pieprzyć G League. Phil Both – najbardziej pechowy gość i mentalny lider tego teamu, którego męczyły kontuzje, ale wrócił, triumfując ostatecznie na wielkiej scenie Division I.

“It’s a new norm,” former Villanova guard Ryan Arcidiacono said on the floor as the nets came down. “It’s national championships and Final Fours. That’s what you expect.”

Dzięki Villanova za historie… widzimy się w listopadzie.

CO DALEJ?

Mój prawdziwy sezon dobiegł końca. Tegoroczny Turniej NCAA był najlepszy od 5-6 lat, jest w moim Top 2-3, od kiedy interesuję się koszykówką akademicką. Kwiecień, pogoda ma się poprawić, działka, rzeczy na Draft 2018. Nie zniknę. Dlaczego? Bo koszykówka nie tylko znowu mnie zaskakuje, ale również zaczyna sprawiać radość.

Warto – dla bohaterów, dla historii, dla małych i dużych rzeczy, dla Was, dla samego siebie, dla idei i dla czegoś, w co powinno się wierzyć, bardziej lub mniej.

Bum, bum, bum, bum… Słyszysz?

4 KOMENTARZE

  1. Szacuneczek, Seba. I za tekst, i za ‚powrót’ do miłości.
    A propos ‚Novy, to u mnie, praktycznie pod domem, w Starcie Lublin, gra absolwent Jaya, czyli Darryl Reynolds. Widać, że chłop ma serce do grania większe, niż kilku pozostałych graczy razem wziętych, czasem mocno się podpala, ale to chyba jego pierwszy sezon w seniorskim baskecie i myślę, że jeszcze będą z niego ludzie. Także ‚produkty’ Wildcats są dostępne na całym świecie, nawet w PL 🙂

    Jeszcze raz gratki i do następnego razu!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here