Na całe szczęście ktoś jeszcze nagrywa prawdziwy hip hop w dzisiejszych czasach. Ktoś jeszcze to robi, a dla takiego old schoolowca jak ja wydaje się to niewiarygodne. Nowy PRhyme 2 pozwala mi jeszcze wierzyć, że ktoś robi coś sensownego na tym świecie. To nie tylko ten album, ale cała masa rzeczy mało mainstreamowych, albo w ogóle antymainstreamowych. Rzeczy mainstremowe dzisiaj ociekają tak wielką chujowizną, że aż szkoda jest na to napluć. No ale tak, mają tryliony wyświetleń w tym dennym internecie.

Somebody give me a mic, wack rappers better run for they life
You’ll hear thunderin’ like somebody summonin’ poltergeists
Days turn to nights, summers turn in to ice
Every verse that I write, it’s like a furnace ignites

Szczęście to nie tylko muzyka, ale również życiowe rzeczy, które zakręciły mną w ubiegły weekend. No tak – pępkowe mają do siebie to, że po długim czasie spotykasz starych, dobrych kumpli. Ekipę na zabój, kończysz na zabój, żony na drugi dzień nie będą truć, rozumieją, są kochane. Umierasz potem trzy-cztery dni, to nienormalne, ale prawda jest tak Panie Kolego, że z 10 lat temu mogliśmy melanżować cugiem, zdarzało się, że nawet przez tydzień na jakiś beztroskich wakacjach. Trening czyni mistrza, ale te lata już dawno za mną. Odżywam, powoli, hej!

Oszołomiony piątkowym melanżem zerknąłem w sobotę jednym okiem na wyniki, osłupiałem, otrzeźwiałem. Nie, jednak nie otrzeźwiałem, ale nadrobiłem. Mimo wszystko The Hype płynął przez cały świat (pancze!), kiedy kolejni faworyci zaczęli żegnać się z NCAA Tournament, ale upset historii był tylko jeden.

Oddycham :*

1. Prawie Mainstream – University of Maryland-Baltimore County (UMBC!)

Pisałem w ubiegłym tygodniu m. in. o Virginii, zastanawiając się nad tym, na co ich tak naprawdę stać. Small sample size – ostatnich pięć sezonów:

To niewiarygodne, a zarazem dla laików może zrozumiałe, że bez gwiazd, ale z potężnymi składami, rekordami w ACC, defensywą i dyscypliną – Tony Bennett w ciągu pięciu sezonów tylko raz zagrał w Elite, dwa razy odpadał w drugiej rundzie, raz w pierwszej – w tym momencie przechodząc do historii jako coach pierwszej ekipy w drabince, która została pokonana przez 16-ty seed.

Dla mnie to niezrozumiałe po części, ponieważ wiem jakimi prawami rządzi się Turniej NCAA, ale ten piątkowy mecz Virginii był kpiną w kontekście ich twardości i przede wszystkim konsekwencji. O ile te wszystkie drive’y Kyle’a Guya w krytycznych, blowoutowych minutach zdawały egzamin (7-11 z gry, 15 pkt.), o tyle nic poza tym nie mogli zrobić ludzie Bennetta. Zostali pokonani własną bronią, szczelną defensywą UMBC w half court, która zatrzymała Cavaliers na 42% z gry i uwaga – 18% za trzy. Nie było niczego, poważnie, nie wierzyłem, że to się dzieje, nawet oglądając to z odtworzenia.

Senior Jairus Layles, o którym wcześniej w życiu nie słyszałeś, robiący progres z sezonu na sezon jak to senior, gwiazda tyci uczelni UMBC, w zasadzie lokalny bohater – chłop robił co chciał polaryzując środkowy pas tego co w zasadzie zostało z obronnej formacji Kawalerzystów, brakowało tylko LeBrona, może by ich uratował. Layles w piekielnie szybkich wjazdach na wprost kosza, również z 45 stopni był nie do zatrzymania. NIE DO ZATRZYMANIA. Miał w sumie 28 punktów, 3-4 za trzy i… to było najlepsze 28 punktów w tym Turnieju jakie widziałem.

Chwilę UMBC przedłużały malutkie rzeczy od szalonego i filigranowego K.J. Maury, który nie bał się absolutnie nikogo, grając z polotem. To była magia, szczególnie polecam mecz na słuchawkach – wsłuchaj się w ten łomot ludzi z trybun, słychać ich przyśpieszone bicia serc, które przebijają się przez krzyki i oklaski. Niesamowite, jak cała historia UMBC okiem Briana Hamiltona z The Athletic – absolutny must read w dwóch częściach (tutaj i tutaj) na koniec, bo UMBC już w drugiej rundzie zostali zatrzymani przez Kansas State, którzy grali bez swojego lidera Deana Wade’a. Ale i tak, mimo wszystko, to było naprawdę coś wielkiego. Znowu przeszliśmy razem do historii, jak niegdyś Pan Kazik u mnie na starym osiedlu, który w ciągu jednego tygodnia z powodu przepicia cztery raz był wnoszony do domu przez sąsiadów zimą (raz przeze mnie i mojego ojca – pamiętam to doskonale). To była kurewsko ostra zima. Gdyby nie te 4/4 z gry ludzi o wielkich sercach, dzisiaj Pana Kazika by z nami nie było.

Aloha UMBC – widzimy się.

2. Zgony…

*Wichita State – przedziwny sezon Shockers, którzy już tak nie szokowali, szczególnie po przenosinach do American Conference. Ale, no właśnie, ale… mimo wszystko Greg Marshall ostatnimi laty budował program, który wyszedł z worka mid-majors. Lojalność graczy oraz rekrutacje w regionie sprawiły, że Wichita State weszli mocno na scenę krajową, szczególnie podczas runu do Final Four 2013. Tegoroczny mecz z Marshall był z innego wymiaru, jeżeli nawet weźmiemy pod uwagę słabą defensywę Wichity w tym sezonie, ale Landy Shamet przeszedł obok tego meczu (3-13 z gry) i być może dlatego dzisiaj nie ma go już nawet w pierwszej rundzie w Mockach. Conner Frankamp (28 pkt.) chciał być następcą Kirka Hinricha, zagrał świetny mecz, ale to było za mało. O Marshall nie ma sensu pisać, bardziej elektryzowała mnie w weekend porażka Shockers – a Marshall nie ma już i tak w Turnieju. Zgon…

*Michigan State – po raz pierwszy w swojej historii kibicowania Syracuse nie cieszyłem się z ich sensacji. Wiedziałem kto czeka przecież w Sweet 16. I nagle też zacząłem zastanawiać się nad pojebanym sensem ekip Toma Izzo. Tego Toma Izzo, który wielokrotnie wprowadzał Spartans do Final Four z o wiele gorszymi składami. No właśnie, z gorszymi. Mając dwa prospekty w Top 10 Draftu 2018, Izzo został „zaskoczony” strefą Jima Boeheima. Zaskoczony strefą, którą Boeheim gra od 40 lat kariery. Kpina. Do przerwy Michigan State mieli 8/28 z gry, 5/19 za trzy, nie działo się kompletnie nic, a zaliczyli nawet fragment, w którym spudłowali 11 z ostatnich 12 rzutów. Strefa Cuse – klasyczna od zawsze, z długimi wingmanami, z długim afrykańskim środkowym na grzybie i pomocy z low cuts. W tym roku? Bez konkretnego talentu za wyjątkiem Tyusa Battle’a, bez długiej rotacji z ludźmi, którzy w podstawowej piątce grali od kilku/kilkunastu spotkań po 40 minut. Chujowy bilans w ACC, nic ciekawego i… nagle Syracuse dostają prezent od Komisji, lądując w First Four. Odprawiają tam Arizonę State, potem padają TCU i sruuu – Ty robisz sensację, a ja rap w miasto puszczam. Miles Birdges i Jaren Jackson Jr.? Poświęcę im oddzielny akapit.

*Xavier – Chris Mack robi fantastyczną robotę w Musketeers, ale nie bardzo chce mi się pisać po tym, jak Turniej spierdolił sobie Trevon Bluiett. Ten sam Trevon Bluiett, który w ubiegłorocznym Turnieju rzucał po prawie 30 punktów od niechcenia, jakby za karę musiał siadać na kiblu bez gazety do poczytania. Odbębnić, wygrać życie, lecieć dalej. Tego nie było, a heroiczne wjazdy J.P. Macury nie powstrzymały runu Florida State, którzy wrócili z -14. To chyba Top 2 najbardziej atletycznych ekip w Sweet 16 – niesamowicie wielcy ludzie, ogromni, kurwa ogromni. To rotacja dziesięciu chłopa grających +10 minut w tym sezonie, wszyscy powyżej 193 cm, w tym Obiagu mający 213 i Koumadje – 223. Chaos, strach. Połowa z tej rotacji rzuca powyżej 35% za trzy. Insane, to może być line up śmierci w starciu Gonzagą.

*UNC – nie wiem co mam napisać. Poważnie. Widziałem cały mecz, ale nie wiem co mam napisać. Napiszę tylko tyle, że Tar Heels zostali zamordowani atletycznie przez duet Robert Williams/Tyler Davis. Napiszę tylko tyle, że w tym roku mieli bardzo ubogą rotację pod koszem, a przecież znani byli przede wszystkich z grania big ballu w ostatnich latach. Napiszę tylko tyle, że Joel Berry II i Theo Pinson nie wiedzieli po meczu co się stało, a Roy Williams płakał. Napiszę tylko tyle, że nie będzie żadnego back-to-back, bo niby dlaczego? Heels zebrali się w odpowiednim momencie sezonu, ale gdzieś tam w podświadomości nie byli w gronie topowych faworytów, grając w zasadzie trójką ludzi, przy fantastycznie kosmicznym sezonie niepozornego Luke’a Maye’a. 50 zbiórek Texas A&M, coraz lepiej grający Robert Williams, fenomenalny footwork Davisa. Czas się żegnać, szkoda, naprawdę szkoda, bo mimo wszystko bardzo szanuję takie pełne kariery w NCAA jak ta Berry’ego, czy nawet ta Pinsona. Powodzenia w zawodowym życiu.

3. COMEBACK KIDS!

Po kruchych latach, kiedy o mało Olek Czyż z fajnym składem Wolfpack nie wszedł do NCAA Tournament, nastąpiły jeszcze bardziej kruche lata. Jakbyś jadł chipsy bez miski w łóżku – irytacja, brak zrozumienia, hell no. Eric Musselman – tak, syn legendarnego Billa Musselmana i teraz uwaga – head coach Golden State Warriors w latach 2002-04 i Sacramento Kings w 2006-07, schował dumę do kieszeni. Pochodzący z trenerskiej rodziny, dzisiaj nadal młodo wyglądający 53-latek (fo real!), przez lata szlifował swój trenerski kunszt na przeróżnych poziomach. Od CBA po NBA, aż w końcu wylądował w NCAA. Jego pierwsza poważna praca to sezon 1990-91 z Minnesota Timberwolves w roli asystenta, potem znów CBA, Orlando Magic, Atlanta Hawks, Warriors, Grizzlies, Kings, D-League, główny asystent w Arizona State i LSU, aż wreszcie w 2015 roku ktoś w końcu zadzwonił z tej jebanej Nevady. W międzyczasie pracował dla kadr Chin, USA, Domikany i Venezueli. Nie pamiętam, ale chyba nie widziałem bogatszego trenerskiego CV u 53-latka.

Nevada była wtedy na wadze z ponownym powrotem do Minnesoty, gdzie Musselman dorastał i uczył się koszykówki, a wspominam o tym dlatego, że w 2015 roku odezwał się wtedy do niego Świętej Pamięci Flip Saunders, który proponował mu obiecującą robotę w Wolves na lata. Wybór padł na Nevadę, ale temat był ciężki od początku, ponieważ program trzeba było przebudować. Musselman nie rzucił się na rekrutację, wiedział, że w rejonie miejscowe prospekty wybierają chociażby UNLV, albo lecą całkowicie na Zachód, gdzieś do teamów z PAC-12 Conference. Musselman postawił na przebudowę wokół transferów i tutaj należy szukać obecnego sukcesu Comeback Kids!

Ledwie trzy sezony, stały progres, najpierw bilans 24-14 i wygrany Turniej CBI. Potem 28-7 i pierwsza runda NCAA Tournament. W tym roku Musselman i Wolfpack mają na koncie 29-7, są w Sweet 16 po absolutnie niesamowitym powrocie z Cincinnati, kiedy przegrywali na około 11 minut przed końcem różnicą 22 oczek. Jeżeli chcesz, to przestań czytać w tym momencie i staraj się obejrzeć gdzieś ten mecz z odtworzenia. To drugi największy comeback w historii Turnieju NCAA (2012 – BYU odrabia 25 oczek i wygrywa z Ioną). Tak dobry, naprawdę dobry dla oka. Warto. Z innej beczki – w pierwszej rundzie z Texasem wrócili w drugiej połowie z -14. Comeback Kids…

Bracia Cody i Caleb Martin – pamiętam mini hype na nich, kiedy przychodzili do NC State w klasie 2014 – z Jahlilem Okaforem, Mylesem Turnerem, Karlem-Anthonym Townsem i kilkoma innymi graczami, którzy teraz są w rotacjach NBA albo… śpią poćpani na dworcach. Przez dwa sezony niekoniecznie coś klikało między nimi a nie pracującym już w NC State Markiem Gottfriedem. Byli chłopakami z Północnej Karoliny, chcieli grać, ale gdzieś w tej ostatniej kampanii podczas pobytu w „State” coś pękło. Ich role nie spełniały oczekiwań. Postawili na transfer i rok przerwy, ucząc się w kuluarach ciężkiej pracy u Musselmana. I to właśnie wyróżnia bliźniaków, ale również cały skład Nevady. Ciężka praca, nie tylko na sali gimnastycznej, ale również na zajęciach edukacyjnych. Biały Coach Carter…

Cody – najlepsze w karierze 13.9 PKT, 6,3 ZB, 4,7 AST, 1,5 BLK, 52% Z GRY

Caleb – najlepsze w karierze 18,8 PKT, 5,4 ZB, 45% Z GRY, 40% ZA TRZY

To dwie wielkie trójki Caleba w dogrywce z Texasem dały boosta Nevadzie, która wyciągnęła końcówkę – z kolei Cody był go to guyem w tym wielkim powrocie z Cincinnati, robiąc 25 punktów, 6 zbiórek i 7 asyst.

Najlepsze w bliźniakach jest to, że mogą grać w zasadzie na pozycjach 1-3, są dłudzy, ale mobilni, są po prostu kurwa groźni. Jordan Caroline po transferze z Southern Illinois – energia, ładuj, energia. Kendall Stephens – rewelacyjny shooter off the ball transfer z Purdue, który w tym Turnieju ma na koncie 8 trafionych trójek. W końcu Josh Hall budzący się w marcu, bez którego nie byłoby grania w Sweet 16. To naprawdę bardzo fajny team dla oka, trzymam mocno kciuki za nich, bo zrobili na mnie ogromne wrażenie w tych powrotach, na pozór cichych, ale konsekwentnych.

Dla mnie to najlepsze story pierwszego weekendu… A nie jakaś tam Loyola…

4. Kreski życia – „wideła”, bo po co pisać o killerowaniu?

Nie cierpię pisać o blowoutach, ale cztery poniższe ekipy zagrały po dwa równe mecze na bardzo dominującym poziomie (za wyjątkiem UK z Davidson). Zobacz szczególnie na Kentucky – to znowu się dzieje. Znowu John Calipari robi z młodych ludzi zwierzęta, które atletyzmem mordują, dosłownie mordują. To najmłodszy skład w historii Cala w Kentucky, ale też taki, który dorósł bardzo szybko, wbrew oczekiwaniom. Luty i marzec to klasyka Wildcats, Ja bardzo mocno trzymam kciuki, bo to nie jest zlepek gwiazd, tylko chłopaków, którzy zapierdalają po coś. Sami wiedzą po co…

Poniżej ostatnie „wideła” i małe próbki do każdej z ekip po dwóch meczach…

*Villanova – +49, 28 wymuszonych strat

*Duke – +47, 45% za trzy

*Kentucky – 53% z gry, 78 zbiórek

*West Virginia – 34 wymuszone straty, 29 zbiórek na atakowanej desce

5. THE RZUTY

*Loyola-Chicago -> żyją

*Michigan -> prawie umarli, ale żyją!

6. DRAFT 2018 – ktokolwiek widział, ktokolwiek słyszał

Poszli w pizdu:

*DeAndre Ayton (Arizona) i Trae Young (Oklahoma)skończyli bardzo szybko, zobaczymy ich na 100% w czerwcu.

*Mohamed Bamba (Texas) – kto wie co stałoby się w meczu z Nevadą, gdyby nie spadł za 5 fauli w końcówce. Miał 13 punktów, 14 zbiórek i 3 bloki, straszył drive’y Wolfpack, a dzisiaj poinformował, że leci do NBA.

*Jaren Jackson Jr. (Michigan State) – nie bardzo rozumiem dlaczego Jackson został trochę zakopany i przyćmiony w turniejowych rotacjach Izzo. Zaliczył kiepskie dwa mecze Turnieju (4,0 PKT, 6,0 ZB, 1,0 BLK), grając po niecałe 17 minut. Czy wpłynie to na jego akcje przed Draftem? Ciężko stwierdzić, bo to nadal kawał materiału na long term prospekt.

*Miles Bridges (Michigan State) – po świetnym meczu z Bucknell na 29/9/4 mój kochany Miles zderzył się ze strefą Syracuse, trafiając tylko 4 z 18 rzutów z gry. W tym 3-12 za trzy. Boli, cholernie boli, a spadek w Mockach rozpoczął się gdzieś w okolicach stycznia. Dzisiaj Bridges u chłopaków z ESPN jest poza Top 10 (11), a jego zaskakująco pożegnalny mecz dla Spartans był w zasadzie najgorszym w karierze. I tutaj pojawia się game changer alert. Podobnie jak u DeAndre Aytona.

*Collin Sexton (Alabama) – miał fenomenalną końcówkę sezonu, ale nie można mieć tak dużych pretensji, że zderzył się z Villanovą. Robił tak naprawdę co mógł, nie miał tak dobrych graczy w Alabamie, nie zaliczył też tak koszmarnego pożegnania z NCAA jak chłopaki z Michigan State. 17/4/3, ale też 5 strat – Brunson/Mikal Bridges syndrom.

*Michael Porter Jr. (Missouri)to mimo wszystko wciąż za mało próbek od kogoś, kto był sprawny na poziomie 70%. Chłopak z charakterem, który po meczu płakał i ja zastanawiam się naprawdę nad jego powrotem do Missouri. Dla mnie to opcja 50/50, ale skoro operacja i dwa słabe mecze po powrocie nie wyrzuciły go (jeszcze?) z Top 10, to gość stanie przed cholernie ciężką decyzją.

U Pana Jacka Gmocha nadal „Gresy grajo” w loterii:

*Marvin Bagley III (Duke) – dominuje fizycznie ten Turniej, mając po dwóch meczach 44 punkty, 16 zbiórek i kosmiczne 75% z gry. Obejrzyj te mecze Duke, coś z pewnością z nich wyciągniesz.

*Wendell Carter Jr. (Duke) – przy dominacji Bagleya Coach K trzyma go trochę w ryzach, Carter robi to co robił przez drugą część sezonu w ACC, jest mega solidnym i przydatnym graczem w cieniu gwiazd, a w każdym innym teamie byłby pierwszą lub drugą opcją.

*Mikal Bridges (Villanova) – idzie w górę jako jeden z topowych 3-and-D tego Draftu, ale również one-two punch zespołu, który za wszelką cenę będzie chciał wygrać wszystko. Z Radford grał na tyle oszczędnie na ile musiał, ale z Alabamą pokazał, że będzie jednym z najciekawszych sleeperów w loterii.

*Kevin Knox (Kentucky) – nadal porównuję Knoxa do Portera Jr. i wściekam się, że było tak mało próbek tego drugiego. Knox może być game changerem tego utalentowanego składu, ale nie musi. W tym Turnieju nie forsuje niczego na siłę – po 25 punktach z Davidson nie miał dobrego dnia z Buffalo, ale pomagał na ile mógł w innych obszarach.

*Shai Gilgeous-Alexander (Kentucky) – gra na znakomitym poziomie od początku marca, pokazując swoją dorosłość i umiejętność wykorzystywania swojej fizyczności. To mierząca 198 cm jedynka (obecnie) z wingspanem na poziomie 213! Z Buffalo miał 27 punktów (10/12 z gry), 6 zbiórek, 6 asyst i 2 steale, momentami mordując ludzi w mid range aż miło. Czekam na więcej – strach, że może być więcej.

*Robert Williams (Texas A&M) – wtrącałem kilka dni wcześniej, że chłop nie rozwinął się indywidualnie w Aggies i nadal pootrzymuję swoje zdanie. Atletyzmu jednak nie można mu odebrać, dlatego jestem przekonany, że to jego ostatni sezon i ktoś z normalnych organizacji powinien go brać na kilkuletnią obróbkę. Zabił line up UNC w drugiej rundzie.

7. Melanż na kolejne dni?

Czwartek -> „skedżul”

Piątek -> „skedżul”

Z innej beczki: Penny Hardaway trenerem Memphis Tigers. Local hero wraca po zdobyciu trzech tytułów z rzędu jako trener na poziomie high school. I już rekrutuje! Gdzieś w NCAA czeka też praca na Brandona Roya…

Etapy, życie, szczęście tych dzieciaków, którzy nigdy tego nie zapomną. Rok w rok March Madness podaje to wszystko na tacy, z frytkami czy bez – nieistotne. Jak zwykle jest smacznie, elegancko, momentami strasznie, ale o to przecież w tym wszystkim chodzi.

Stay thirsty my friends.

Widzimy się w Sweet 16.

Wiosna: