Pracę zaczynam od ósmej, ale zazwyczaj jestem już o wpół do. Standard – śniadanie, kawa, bez której nie mogę rano zaskoczyć. Przygotowanie wszystkich rzeczy na start dnia. Monotonia jak wszędzie, ale… raz lub dwa razy w tygodniu zdarzy się poranek, który ratuje Pan Tadek.

Pan Tadek jest spokojną, doświadczoną i analizującą wszystko osobą. Trzeba się postarać, aby go zdenerwować. Niestety Pan Tadek ma pecha do aparatów telefonicznych. Co dwa lata firma wymienia komórki, a jemu zawsze trafi się jakiś dziwny model. Obecnie Pan Tadek posługuje się aparatem firmy, którą reklamuje znany napastnik reprezentacji Polski w piłce kopanej. Od ponad pół roku nie zawsze zaskakuje ekran dotykowy tego aparatu, kiedy dzwoni ważny klient.

Dzisiaj znowu tak było. Telefon z wyświetlanym imieniem i nazwiskiem oraz nazwą firmą dzwonił z sześć razy. Za każdym razem Pan Tadek nie był wstanie dotykowo przesunąć suwaka. Pierwsze trzy nieudane próby obyły się bez komentarza. Próba czwarta i piąta lekko poirytowanym stwierdzeniem „Co jest kurde z tym telefonem?”. Nieudana próba szósta zakończyła się klasycznym „Noż kurwa! Jak zaraz pierdolnę tym telefonem, to drobny mak z niego zostanie!”. Za siódmym razem odebrał, telefon się wystraszył. Przy absolutnej ciszy w biurze to wyładowanie frustracji zrobiło ewidentnie dzień, uśmiechy na twarzy ludzi, sytuacja życiowa, dla mnie zabawna. Za każdym razem pada ten sam tekst. Pan Tadek zawsze ratuje mi tydzień, przypadkowo, ale pomaga. Wy też uratujcie swój piątek – aloha!

Szczególnie, że czwartek był naprawdę fajny. Znowu oddycham…

1. Blowout i upset dekady – liść w twarz DeAndre Aytona

Gorące brackety stały się na całym świecie kiepami z dworca. Mighty Arizona, The DeAndre Ayton, chciwy Sean Miller i reszta mitów bez liku – to wszystko upadło. Buffalo Bulls przejechali się w drugiej połowie po Arizona Wildcats, robiąc run 21-7, zamykając ten mecz w lodówce, na zimno, bez emocji. I wyszły tutaj rzeczy, o które mogliśmy tak naprawdę się obawiać. Alonzo Trier niestety nie kliknął, robiąc 4/15 z gry w swoim ostatnim sezonie dla Arizony, bo świeżo po meczu padły deklaracje, że chce zawojować Draft. Trier był jednym z moich ulubionych graczy, którzy szli w klasie 2015, okraszonej w zasadzie tylko Benem Simmonsem i Brandonem Ingramem. Reszta ludzi to historia. Trier w ciągu tych lat w Arizonie został dwa razy złapany na przyjmowaniu niedozwolonych substancji, raz w tym sezonie, który zaczął z wysokiego C, ale rozliczyły go boleśnie mecze wewnątrz Konferencji PAC-12, gdzie grał w kratkę. Wczoraj nie istniał, posyłając ‘Zone do czeluści.

Arizona dostała potężnego liścia w twarz, z resztą jak cała Konferencja PAC-12, która po pierwszym dniu… pierwszej rundy nie ma już ani jednego zespołu w NCAA Tournament. I ja się wcale nie dziwię, że Buffalo wyszli bardzo zmotywowani, nie bali się. Na tym kurwa przecież polega ten Turniej. Musisz mieć jaja ze stali, że blowoutować giganta już w pierwszym spotkaniu. To tak jakbyś dostał lepę w twarz od ziomka, a przecież ziomki powinni bić się na podwórku na pięści, a nie na liście. Już wolałbym, żeby Królik Bugs wrzucił do białej rękawiczki cegłówkę.

DeAndre Ayton? Niby miał 14 punktów i 13 zbiórek, ale momentami wyglądał jak NIE GAME CHANGER do Twojej ulubionej drużyny w NBA. Jednak spokojnie – nie wpłynie to na jego status w Top 3, nie powinno. Ayton i Arizona zostali zatrzymani poniżej 50% z gry, mieli 11% za trzy, w przeciwieństwie do deszczu trójek Buffalo, którzy trafili 15 na 30 – chory stat. Wpadało wszystko, Cj Massinburg miał 5/8, Nick Perkins z ławki 3/5 – dał fantastycznego boosta Bykom. Wes Clark i Jeremy Harris byli nie do zatrzymania na obwodzie, w mid range, u Ciebie na w domu, rzucając łącznie 48 punktów. Szacun, świetny mecz, naprawdę.

Ja ogólnie po takim strzale zastanawiam się nad wielkością Arizony, którą po ostatnich skandalach zaczął dissować Jason Terry, nawołując dawnych gracze z „The A Players Program” do zbojkotowania obecnej sytuacji jaka panuje w koszykarskim programie Seana Millera, który… w zasadzie to co ugrał maksymalnie przez tyle lat, to raptem trzykrotny awans do Elite 8 (2011, 2014, 2015). Jeżeli popatrzymy jakimi dysponował składami i co działo się w poszczególnych Turniejach – sorry, ale ja przestałem Cię kupować Chytry Lisie. Sama Arizona, jeżeli zależy jej na wizerunku, odbudowaniu czegoś wielkiego z czasów Lute’a Olsona, powinna zrobić jakieś mini spotkanko-zebranko i ustalić jasno pewne kwestie.

Statek powoli idzie na dno… a Bulls zagrają w drugiej rundzie z Kentucky.

2. Żegnaj, Trae…

To był magiczny sezon dzieciaku. Z jednej strony miałeś momentami krzywe zajawki Jimmera Fredette’a, ale większą część sezon spolaryzowałeś. Trae Young jako pierwszy w historii koszykarz Division I zakończył sezon regularny jako lider punktujących i asystujących. Historia tworzyła się na naszych oczach. Momentami Stefka Curry chciał zagrać jeden mecz dla Oklahomy, wspominając swój fenomenalny run z Davidson w 2008 roku.

Żadnego runu ze strony Younga i Oklahomy niestety nie było, bo Rhode Island zagrali najbardziej kontrolowaną koszykówkę w marcu, a sam Trae chyba za późno wszedł na wyższe obroty.

Young ten mecz zaczął solidnie – od 10 punktów na stuprocentowej skuteczności i dwóch celnych trójczyn, miał 3 zbiórki i 2 asysty – nagle puuuuuffff, złapał drugi faul, siedząc potem na ławce aż dziwnie. W międzyczasie powietrze Oklahomie dawał Jamuni McNeace (14 pkt., 10 zb., 2 blk.), który ścinał po pick and rollach, pomagał ze skrzydła, miał kilka fajnych akcji z samym Youngiem w drugiej połowie. Oklahomie szło jak krew z nosa, bo Kevin Doolittle próbował robić przedziwne rzeczy solo, bez zawierzonego skutku. I tak to wszystko mieliło się przez 30-35 minut, Young był w tym czasie bierny, momentami na siłę szukał ludzi i zaskoczył dopiero podczas samotnego runu 9-0 na stan 67:66 dla Sooners.

Później było już tylko różnie, a łącznie 11 trójek Rhode Island stanowiło drugie życie tego slugfestu, który podkolorował trochę Young, ale ostateczne show należało do E.C. Matthewsa – wracającego po kontuzji ACL-a seniora z Detroit. Mathhews najpierw odpowiedział jumperem na 68:67, a później w dogrywce trafił dwie najważniejsze trójki w swoim życiu, w tym daggera na 79:74. Było po wszystkim, Rams zdecydowanie zasłużyli na dalszą grę, a chłód i opanowanie coacha Dana Hurleya były cichym game changerem tego wszystkiego.

Oklaski…

3. Oko za oko, ząb za ząb

South Dakota State z Ohio State dali wczoraj najlepszą dawkę wymiany ciosów w dniu numer jeden. Legendarny Mike Daum, The Dauminator, The Ostoja, The Zagram Może W NBA – gość jak zwykle grał na swoim poziomie biorąc w pewnym momencie na warsztat defensywę Buckeyes. Jeżeli nie wiecie kim jest Mike Daum – polecam, zapraszam, namawiam.

Keita Bates-Diop zaczął ten mecz dla OSU mocno, zdobył szybkie 10 oczek, miał 4/6 z gry, wyglądał fenomenalnie do momentu, kiedy na wózek widłowy nie wsiadł wspomniany wyżej The Dauminator. KBP w cały meczu starał się trzymać Buckeyes, dla których on, C.J. Jackson i Kam Williams zdobyli łącznie 66 punktów. Buckeyes mieli 12 na 40 (CZTERDZIEŚCI!) za trzy, Jackrabbits 13 na 31. 71 (sic!) trójek oddanych w meczu koszykówki na najwyższym poziomie akademickim, w Turnieju NCAA, a nie tam gdzieś na podwórku po kilku piwkach. Początkowo bardzo mnie to kręciło bo wpadało, potem zamieniło się w koszmar.

Może m.in. dlatego debiutujący na ławce w OSU Chris Holtmann postanowił opierdolić kogo mógł i nagle jego gracze przypomnieli sobie, że istnieje coś takiego jak transition offense i mocne penetracje z 45 stopni. Po tak łatwych punktach Buckeyes zrobili run 12-0, który jak się później okazało, został zjedzony przez Mike’a Dauma (27/6, 5-10 za trzy).

Te powroty się kręciły i kręciły, aż w końcu Kam Williams trafił szaloną trójkę z faulem na 3+1, by później w jakiejś dziwnej szybkiej akcji znowu odpalić nieprzemyślaną racę – na szczęście dla OSU był faulowany.

Jedyne co pozostaje po tym meczu to nadzieja, że Daum zostanie na ostatni rok w South Dakota State, z których sporo ludzi ma bekę, ale Króliki stają się jednym z pewniejszych programów z worka mid-major. Dawaj Mike…

4. Pieluchomajtki oraz strach przed jutrem…

*Gonzaga odpadła prawie z UNC Greensboro, którzy wyszli od początku presją na 3/4 parkietu sprawiając, że Zags wyglądali jak amatorzy, a nie program, który rok temu grał w Finale NCAA. Francis Alonso w drugiej połowie dał sygnał do ataku, a skoczny skoczuniek James Dickey robił sporo na tablicach, dlatego Spartans omal nie wyrwali tego meczu. Było tak cholernie blisko, ale freshman Zach Norvell Jr. pokazał jaja, trafiając ratujący życie rzut dla Gonzagi. Bary w Spokane spłonęły.

Do dogrywki prawie doprowadził Marvin Smith, ale Norvell po jego niecelnej trójce zebrał, by potem trafić po faulu jeden rzut wolny. Został trzygodzinnym bohaterem stanu Washington, trochę stanu Oregon, podczas gdy jego koledzy przeszli po prostu obok meczu – Killian Tillie grający w piątce po Erze Karnozaura miał 1/6 z gry, wyglądał rzeczywiście jak siatkarz, pizduś plastuś bez tego koszykarskiego pazura mimo, że sezon miał rewelacyjny, Josh Perkins mimo niezłej skuteczności miał problemy z wyprowadzaniem piłek, kiedy Spartans postawili naprawdę trudne warunki. To spore ostrzeżenie dla Gonzagi na kolejne mecze, chociaż z drugiej strony wie, że właśnie to pierwsze spotkanie w roli murowanego faworyta dla wielu ekip jest najgorsze. W sobotę Gonzaga zagra z Ohio State, będzie padał deszcz.

*Penna aka Pennsylvania Quakers trzymali się z NBA-owskimi Kansas przez bite 30 minut, a potem obwodowi Jayhawks wrzucili piąty bieg. Devonte’ Graham zrobił Devonte’ Grahama na 29 punktów i dziwne 9/24 z gry. Bill Self testował Udoke Azubuike, który wyszedł na 3 minut z urazem kolana i… oby wylizał się na kolejne rundy, bo Self będzie go mocno potrzebował. Penn trafili 11 trójek, to m.in. trzymało ich w meczu dopóki Self się nie wkurwił i nie wrzucił kilku rzeczy z zawodowego small ballu. Koniec, fajny sezon Penn, Ivy league rządzi.

*Obok Arizony padło Miami, w meczu, po którym Lonnie Walker IV nie będzie mógł zasnąć do końca marca. Insomnia jak Mobb Deep.  Ostatnie dwie minuty Walkera (gościa do loterii Draftu 2018): faul, strata, niecelny wolny, a potem wydarzył się to…

Loyola Chicago Rambers idą dalej. W CH-TOWN również spłonęły bary, piwsko do dzisiaj leje się strumieniami, ludzie sikają pod siebie i wcierają, są szczęśliwi, bo koszykówka to ich życie

5. Draft 2018 w czwartek

*Collin Sexton zrobił 25/6 mimo fatalnej skuteczności, w jakiś sposób wyciągając Bamę w drugiej połowie, kiedy Crimson Tide potrzebowali go najbardziej. Sexton trafiał wolne, dlatego w sobotę będzie miał szansę na przebój z Villanovą.

*Bez historii dla prospektów Duke zakończył się mecz z Ioną: Marvin Bagley III miał 22/7, Wendell Carter Jr. 9/8/2/2, Gary Trent Jr. 16/6, a Trevon Duval 19/8 i… 4 starty mimo, że wszedł w gierę doskonale. Kuśtyk Grayson Allen 16/4/9 i kilka dobrych fragmentów playmakingu.

*Villanova zaczęła z Radford od 28:8 i ja widziałem to na żywo, już w łóżku, oparty o poduszkę „jaśka”. Nie wiedziałem co myśleć, to Radford, to Villanova. No nic, postanowiłem po pierwszej połowie się przełączyć. Bez historii – Jalen Brunson na 16 punktów i 4 asysty, Mikal Bridges 13/6.

*Kentucky uciekło Davidson – taka ciekawostka. Akapit życia.

To chyba tyle ode mnie. Chciałem dać po pierwszym dniu rzeczy ważne, te ważniejsze, te trochę nieistotne, a najbardziej nieistotne wypierdoliłem do worka na śmieci. Jutro bardzo chciałbym tu wrócić, ale będzie to raczej niemożliwe z przyczyn biologiczno-technicznych. Twoje zdrowie Kubuś, rośnij!

Piątulek…

8 KOMENTARZE

  1. „Mówisz Wariacie?” 😉
    Obejrzałem skrót. Ale może zrobie jak mówisz. Dobrze byłoby nadrobić Mikela Bridges’a i Jevona Cartera.

    Swoja drogą jestem ciekaw jak wyglądałby Twój „Mock”.
    Może się pochylisz nad tym?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here