Wtorek. Cholernie deszczowy wtorek, kiedy dni lipca powinny być wprost melanżowe. Do firmy przyjeżdża piękna kobieta w celu zrobienia przeglądu na windzie dla niepełnosprawnych, zamontowanej na samochodzie marki F – tej amerykańskiej. Dawno nikt tak piękny nie odwiedził naszego miejsca pracy. Po przeglądzie rozmawiamy na temat sprzętu, do czego jest potrzebny itd. Sympatyczne rozmowy z użytkownikami takich urządzeń prowadzą zazwyczaj do takiego finału, że pojazd z owym sprzętem potrzebny jest do przewozu niepełnosprawnych dzieci z fundacji, ale zdarzają się użytkownicy, którzy potrzebują czegoś takiego do użytku prywatnego. Ta piękna, sympatyczna i tętniąca życiem kobieta, jak się później okazało, wozi tym samochodem męża, który w wypadku doznał tak skomplikowanych uszkodzeń kręgosłupa i mózgu, że może tylko mrugać oczami oraz porusza kilkoma palcami u dłoni, którymi stara się pisać na specjalnym tablecie. „Mąż jest uwięziony we własnym ciele, ale gdyby nie miłość, nie byłabym się w stanie tak poświęcić. Zrobię dla niego wszystko”. Kobieta, atrakcyjna, przed 30-tką, ze światełkiem w oczach, które oświetliło całą firmę. Zamarliśmy. Do końca dnia nikt nie mógł się pozbierać…

O poświęceniach, trudach i wyborach życiowych mowa, dlatego nie pierdol, że LeBron zrobił źle, wybierając Lakers. Obojętnie, czy jesteś fanem czy nie. Nawet gdy ma tam od groma interesów poza koszykówką. Nie pierdol, że ktoś inny wybrał coś innego, wbrew innym, żeby tylko czuć się dobrze we własnej skórze. Nie miej komuś za złe, że ktoś chce jak najlepiej dla swojej rodziny, zostawiając inne możliwości z boku. Na tym polega życie – na odwadze i strachu, na radości i smutku, na myśleniu o przyszłości, która potem przestaje być dla nas samych ważna, ale staje się ważniejsza dla naszych bliskich. To o nich musimy się troszczyć, dlatego ostatni raz proszę – nie pierdol na LeBrona w Lakers, których osobiście tak bardzo nie lubię. Żądaj za to zwolnienia Thibsa z Minnesoty!

A tak na poważnie… Zastanów się przez chwilę nad sobą i pomyśl o swoich priorytetach, o marzeniach, o rodzinie, przede wszystkim o tych, którzy Cię kochają i dla których jesteś tak samo ważny, jak oni dla Ciebie. To tylko jebany sport, nic więcej. Albo tylko sport i aż biznes, ponad które wyrastają przede wszystkim ludzkie serca i chęci do życia… po swojemu.

To samo tyczy się Draftów. Jeden klub spierdoli swój wybór, drugi nie. Jeden klub złamie serce Mikala Bridgesa, drugi rzekomo uszczęśliwi Marvina Bagleya. Żyjemy w świecie koszykówki NBA, ligi, która moim zdaniem zaczyna się staczać. Inaczej – nie idzie w dobrym kierunku. Powstają super teamy – Boogie leci do Warriors w celu rozjebania galaktyki, Melo chce niby grać z ławki w Rockets, ale przecież wszyscy wiemy jak to się ostatecznie zakończy. Boogie co najwyżej to rozjebie, ale szatnię, a Melo już w grudniu będzie na beefie z Mikem D’Antonim. To życie, kochani, nic innego, THE ŻYCIE. Jedni martwą się o jutro, o to czy będą nadal jeździć Benzem za pół miliona, inni martwią się o to, czy ich dzieci będą miały co jeść. Jesteśmy kowalami własnego losu. Chociaż DeMar DeRozan nie był, kiedy z Kenii telefonicznie został bezczelnie opierdolony do Spurs przez Fuck You Ujiri. No tak, jesteśmy kowalami własnego losu. Nic więcej…

Kowalem jest też Zion Williamson, który zrobił 29/13 na ogórkach w pierwszym sparingu Duke z Ryerson, podczas objazdówki po Kanadzie. Potem wyrywał kolejne ogórki… i tak już został. Wyglądał jak Charles Barkley naszych czasów, trafił trzy trójki, uderzał prawie o tablicę łbem przy blokach. On też walczy o swoje lepsze życie. Podobnie jak R.J. Barrett, który jak dla mnie będzie bardziej rozwiniętym prospektem na  starcie sezonu NCAA. Ale… no właśnie. Czytam niektóre wypowiedzi Coacha K, który mocno chwalił Williamsona pod kątem tego, że gość jest bardzo wszechstronnym graczem, znakomicie czytającym grę. Myślę, że K nie pierdoliłby takich farmazonów w kontekście chłopaka, który przy wzroście 201 cm waży prawie 130 kg, mając tkankę tłuszczową na poziomie mniejszym niż Twoja chuda dziewczyna z gimnazjum. To też jest rzecz trochę szalona, ale również niebezpieczna pod kątem ewentualnych urazów dzieciaka kochającego atletyczny styl gry. Karl Malone siedzi właśnie w domu, ogląda porno z R. Kellym i zastanawia się nad zakupem ekstra karnetu na siłownię 24H.

Dosyć. Kilka zrzutów ode mnie odnoście debiutanckiej klasy 2018…

*Phoenix Suns będą robić z DeAndre Aytona game-changera, ale Liga Letnia może nie pokazała nam wszystkiego? Nie wiem, ja nie byłem aż tak zachwycony. Może po prostu dostaliśmy za mało próbek, ale Ayton jest prosty jak instrukcja młotka.

*Marvin Bagley III ma barki Tyranozaura… i stulejkę.

*Hawks zrobili kurwa deal czerwca, wymieniając Doncica za Trae Younga, ale widocznie to wszystko było zaplanowane na kilka dni przed Draftem. Young nadal ma zasięg, ale w Summer League w Utah trafiał ledwie 23% z gry i wpierdolił go Jevon Carter z Memphis. Lepiej było co prawda w Vegas – 17 PPG, 38%FG plus nominacja do Second Team. Lato jeszcze trwa, a mnie nadal ciekawi to, w jaki sposób Young podoła fizycznie, kiedy sezon ruszy z kopyta. Hawks mają masę innych picków i… Vince’a Cartera – to dla Ciebie League Pass w tym sezonie!

*Jaren Jackson Jr. – a nie mówiłem? Nie pisałem? Jak wrażenia? Przedziwny turniej w Utah, gdzie oddawał trója za troją, ale błysnął motoryką i feelingiem na pomocy. Memphis trafili, w Vegas też było nieźle. Ja bardzo się jaram, nic nie poradzę.

*Dallas i Luka Doncic. Jak my wszyscy na to czekamy!

*BIG MO – za mało próbek w ofensywie, zdecydowanie za mało samego Bamby. Jestem fanem, więc niecierpliwie czekam na więcej.

*Ostatnia dekada wyborów (podkreślam – wyborów) w Draftach Chicago Bulls:

2008 – (1)Derrick Rose, (39)Sonny Weems

2009 – (16)James Johnson, (26)Taj Gibson

2010 – (17)Kevin Seraphin

2011 – (28)Norris Cole, (30)Jimmy Butler, (43)Malcolm Lee

2012 – (29)Marquis Teague

2013 – (20)Tony Snell, (49)Erik THE LEGEND Murphy

2014 – (16)Jusuf Nurkic, (19)Gary Harris, (49)Cameron Bairstow

2015 – (22)Bobby Portis

2016 – (14)Denzel Valentine, (48)Paul Zipser

2017 – (16)Justin Patton, (38)Jordan Bell

2018 – (7)Wendell Carter Jr., (22)Chandler Hutchison

Ilu graczy z tej dekady gra jeszcze w Chicago? Policz i jeżeli jesteś fanem Bulls, to módl się, aby Wendell Crater został tam na długo. Widziałeś Ligę Letnią, a jak nie widziałeś, to jest to obecnie pierwszy koszyk najbardziej obiecujących ludzi z klasy 2018. Napiszę jeszcze kiedyś dlaczego…

*Cavs i Collin Sexton to romans, który w trakcie tego sezonu, albo rozgrywkach 2019-2020 pozwoli zapomnieć o małżeństwie z LeBronem. Nie sądziłem, że pasja i swag Sextona będą tak odważne na poziomie dużych chłopców. I wiem też, że próbki z Summer League to nie próbki, ale poważnie? Real Deal.

*KEVIN KNOX! KEVIN KNOX! KEVIN KNOX! Po raz kolejny, a nie mówiłem? Nie no, to jest słabe. Poczekajmy co będzie… Knox przy wzroście 206 cm (a jeszcze urośnie) grał w line-upach Knicks w zasadzie na trzech pozycjach, polaryzując na obwodzie bez piłki, a bliżej kosza z dynamicznym kozłem. Nadzieja dla fanów Nowego Jorku – Fizdale nie jest oporny na multi pozycyjność, wręcz jest jej fanem, co dla Knoxa wydaje się być kozackie już w tym sezonie. Rozbił bank wśród rookies Ligi Letniej.

*Mikal Bridges chcący oddać organy za Sixers, którzy wypierdalają go do Suns za Zhaire Smitha (ponoć ich gracz 1B, Bridges był 1A). Smith na campie rozwala sobie lewą stopę, ma ją później operowaną. Klątwa kontuzji rookies w 76ers trwa. Karma…

*Miles Bridges, Shai-Gilgeous Alexander, Lonnie Walker IV, Svieta Mykhailiuk i Mo Wagner, Jalen Brunson (ustawienia z DSJ NITRO i Doncicem!), Gary Trent Jr., Jevon Carter – czekam, zdecydowanie czekam na więcej minut i trzymam kciuki. Mocno.

*Josh Hart rozkurwił Ligę Letnią w Vegas. Jest z Villanovy. Musiał. Szkoda, że nie jest debiutantem. Zgarnąłby wszystko.

I co dalej? Bryndza, bo odszedł Manu… Kolejny z tzw. „naszej epoki ludzi”, którzy wypierdalali nas z foteli. Nie to, że byłem psychofanem, ale uwielbiałem faceta oglądać, jeszcze za czasów jego gry w Europie. Był kozacki, obojętnie na jakim poziomie – Europa, NBA, Mistrzostwa Świata, Olimpiada. Wirtuoz, Kiedyś Człowiek Grzywka, The Pióropusz, Dzisiaj Człowiek Przestrzelony Przez Kulę Armatnią aka Placek Na Głowie. A tak na poważnie – kończy się era Spurs, nie ma nic, został tylko Pop, który ma trenować przez niby ostatni sezon. Jakieś plotki, nie wiadomo co dalej. I w tym wszystkim jeszcze złamane serce DeMara DeRozana, w zasadzie złamane  sytuacją Leonarda. Żaden ze mnie fan Spurs, raczej fan poukładanych organizacji. Będzie dziwnie w nadchodzącym sezonie.

Dziwnie, ponieważ masa koszykarzy zaczyna przyznawać się do problemów ze zdrowiem psychicznym. Te problemy nie pojawiły się w NBA nagle. Istnieją w lidze od wielu lat, dlatego w tym akapicie odsyłam do artykułu Przemka Kujawińskiego sprzed czterech lat, gdzie opisuje m.in. walkę z depresją Jerry’ego Westa, na pierwszy rzut oka człowieka niezniszczalnego, legendarnego, The Logo. Depresja – osobiście panicznie boję się tego słowa, może dlatego, że kilku dalszych znajomych się z nią borykało/boryka. Może dlatego, że to tak naprawdę poważna choroba cywilizacyjna, która zbiera coraz większa żniwa.

W wyżej wspomnianym artykule Przemek opisuje przypadek, który niesamowicie zapadł mi w pamięć i są te jedne z niewielu linijek, które mogę wyrecytować po latach:

„Powiem wam, co to depresja. Widziałem ją na własne oczy. Miałem zajmować się pomaganiem ludziom, którzy na nią cierpią. Do czasu, gdy po raz pierwszy, w małym pokoiku w szpitalu w Gnieźnie, zmierzyłem się z nią oko w oko. Kiedy “mój” pacjent przestąpił próg, powietrze zszarzało i zrobiło się chłodniej. Kiedy otworzył usta, kwiatek na parapecie zaczął usychać. Dokładnie tak to zapamiętałem i dlatego nie zostałem psychologiem. Bałem się, bo potrafię utonąć w takich historiach. Wolę tonąć w historiach koszykarzy.”

DeMar DeRozan ostatnio powiedział:

„Ludzie pytają: ‘Czym jesteś przygnębiony? Możesz sobie kupić co tylko chcesz.’ Chciałbym, aby każdy na świecie był tak bogaty, żeby zdał sobie sprawę, że pieniądze nie są wszystkim.”

To tak odnośnie smaku życia, czucia się komfortowo, bycia sobą. Potrafimy sobie tylko i wyłącznie wyobrazić niektóre sytuacje. Z roku na rok poznajemy życie bardziej, ale jak widać, taki cukierkowy świat NBA od drugiej strony wygląd zupełnie inaczej.

W całym tym staczaniu się ligi, u podstaw której obecnie stoją pizdowata gra na obwodzie, chujowe super teamy i brak jakiejkolwiek lojalności w sportowym biznesie, tętni jeszcze jeden istotny czynnik. Ludzie. Kimkolwiek by nie byli – gracze, trenerzy, management, właściciele, i na końcu my, fani. To ludzie i… sytuacje, czasami okazje, przede wszystkim charaktery. To ludzie decydują o swoim losie, o smaku swojego życia – może czasami są przyparci do muru, ale walczą, o siebie, o bliskich, o szczęście.

A Ty? Jak smakujesz życie? Do zobaczenia w sezonie 2018/19.