Nie wiem co mógłbym zrobić jako ojciec, aby moje dzieci miały jak najlepszy start w dorosłe lub zawodowe życie. To znaczy wiem. Po prostu starałbym się im zapewnić wszystkie narzędzia do jak najmiększego startu. Najmiększego startu? Cholera… Czy my (my – roczniki 80-te, pełnia dzieciństwa i brudnych podwórek) mieliśmy jak najmiększe starty? Raczej twarde lądowania. W sporcie, w nauce, przy pierwszej dziewczynie, na maturze, na studiach, w pierwszej pracy. Ale przecież zawsze potem jakoś szło. Człowiek się otrząsał, zaczynał rozumieć coraz więcej rzeczy w pojedynkę, aż w końcu… zaatakowała nas dorosłość.

Wydaje mi się, że Lonzo Ball chciałby dorosnąć na własnych warunkach, ale rozbujana machina LaVara Balla albo mydli ludziom oczy, albo rzeczywiście może być czymś niekoniecznie idealnym przy oby miękkim starcie być może najwszechstronniejszego playmakera od czasów Jasona Kidda. Jego pierwszy i jedyny sezon w UCLA zmienił oblicze prospektów pukających do NBA również pod kątem marketingowym, ale zacznijmy od początku.

Po raz pierwszy Lonzo Balla zobaczyłem w nieco większej okazałości podczas McDonald’s All-American 2016. Kiedy czytasz ten akapit… heh, ja właśnie trzymam się za głowę i patrzę w notatki z tamtego meczu. Lonzo Ball – przegląd pola, IQ, Ball can ball. Tyle, kurwa, tyle. Rafał Juć pewnie dorzuciłby coś do tego „rozbudowanego” oraz iście amatorskiego skautingu. Przegląd pola – Ball kończy mecz z dorobkiem 4 zbiórek i 13 asyst. Nie zrobił na mnie wtedy takiego wrażenia jak zrobili Bam Adebayo, Jayson Tatum, Miles Bridges, czy Frank Jackson. Dlatego zobacz w jaki sposób wszystko zmienia się podczas kilku miesięcy na poziomie Division I. Nie było w tej grupie Josha Jacksona, De’Aarona Foxa, nie było Chrystusie Niebieski Markelle’a Fultza, chociaż wiedziałem, że ten dzieciak przejmie całą Konferencję Pac-12. Po części tak było, ale to Lonzo Ball był na ustach wszystkich, kiedy wskrzesił umierający ostatnimi laty program UCLA Bruins, ratując stanowisko Steve’a Alforda. To Lonzo Ball sprawił, że koszykówka Zachodniego Wybrzeża znowu zaczęła być fajna, kurewsko szybka i ofensywna. Ludzie na nowo pokochali najbardziej utytułowany uniwerek w historii Division I. Bill Walton rozbierał się na meczach. Narracja zaczęła pisać się sama.

Ball po zakończeniu szkoły średniej był rankowany w Top 5 rankingów ESPN i Rivals (w obu był czwarty), dlatego wchodził do NCAA mocno pod lupą wśród guardów mimo, że mocną pozycję w zasadzie z tygodnia na tydzień budował sobie Markelle Fultz. Czy hype był wtedy prawdziwy? Mnie wydawało się, że jeszcze nie. Lonzo co prawda w pierwszych ośmiu meczach Bruins robił dobre i raczej oczekiwane rzeczy, zaczynając od 19 punktów, 8 zbiórek, 11 asyst i dwóch przechwytów z Pacific – zniszczonych przez UCLA 80:119. I kolejne mecze w zasadzie tak wyglądały. Ball ocierał się w każdym z nich o double-double, obsługując po pick and rollach T.J. Leafa i szukając w rogach kogoś z trójki Alford-Hamilton-Holiday. Prawdziwy test przyszedł dopiero wraz z meczem przeciwko Kentucky w opcji heavyweight, na dodatek na kampusie w Lexington. Top 5 spotkań sezonu regularnego, zwroty akcji, klawy defense i crunchtime. W tym wszystkim bohater tego dzierganego w kilka nocy artykułu, wytrzymujący na nogach nacisk atletycznych wingmanów Kokainowego Cala, przede wszystkim Malika Monka i De’Arona Foxa, super duetu obwodowego Wildcats. Były w tym ukryte „ochy i achy”, wciągał mnie ten raczej niezrozumiały body language Balla, który w zasadzie nie robił nic szczególnego przy tak dużych emocjach. To było z jednej strony bardzo irytujące, z drugiej fascynujące, bo chłopak na tak dużej scenie nie dawał się zjeść super ekipie Big Blue Nation.

Wygrana z Kentucky przeprowadziła Bruins przez kolejne cztery zwycięstwa i dopiero hit z Oregonem okazał się pierwszą porażką Lonzo Balla w NCAA. Dalsze losy chłopaka z Chino Hills poniekąd znacie. Lepsze mecze ze średniakami Pac-12, mocny, ale przegrany mecz z Arizoną, w międzyczasie game-winner w rewanżu z Oregonem, pojedynek mano-a-mano z Fultzem i wreszcie – bardzo słaby mecz ponownie z Arizoną w finale turnieju Pac-12 Conference. UCLA zakończyli sezon regularny z bilansem 29-4 – najlepszym w karierze Alforda na kampusie w Westwood. Dlatego m.in. Bruins zostali rozstawieni z trzecim seedem w regionie South podczas tegorocznego NCAA Tournament. Ball i spółka gładko przeszli się po Kent State i Cincinnati, ale już w rundzie Sweet 16 czekali mocni Kentucky Wildcats. Wkurwieni, żądni rewanżu, zdeterminowani, aby zakopać Balla pod ziemię. Niekoniecznie zrobił to cały team Kentucky, ale przede wszystkim De’Aaron Fox, zaliczający wówczas najlepszy mecz w karierze. Dzisiaj pewnie typowany do Top 5 Draftu 2017. Turniej wielkich meczów i emocji, który coverowałem mocno na 6G, dlatego w tym momencie chciałbym przypomnieć co Fox (i poniekąd Malik Monk) zrobił Lonzo Ballowi:

Fox (39 punktów, 13/20 z gry, 13/15 z wolnych) dosłownie zjadł, w połowie przetrawił, a potem zwrócił Lonzo Balla, dominując ten mecz od samego początku w mid range oraz w okolicach obręczy. John Wall w pewnym momencie chciał zakończyć karierę, a ja dostałem solidnego liścia w twarz, głównie za żarty, że Fox na Draft Express siedzi sobie w Top 5 Draftu.

Ball (10 punktów, 8 asyst, 3 zbiórki, 5 strat, 1/6 za trzy), jak i jego język ciała pokazały brak chęci do podjęcia rękawic w tym klasyku, który przez pierwsze 27-28 minut był klasykiem, dopóki do gry nie przyszedł Malik Monk.

Po samym meczu Ball zachowywał się tak samo. Był… bez emocji? Bezuczuciowy? Wszystko mu wisiało? Ciężko to wyczytać jeżeli nie jesteś absolwentem psychologii. Ja osobiście poczułem niedosyt, wręcz oburzenie, bo przecież ten Lonzo Ball przeszedł obok meczu, rzucając białą chusteczkę pod nogi Foxa. Jasne, wszyscy wiedzieliśmy, że jego fenomen będzie trwał w UCLA tylko przez jeden sezon, ale nie każdy spodziewał się mimo wszystko tak słabego końca. Ale to Turniej – podczas March Madness zdarza się wszystko. No prawie wszystko, bo zazwyczaj gwiazdy walczą do końca i gryzą parkiet, nie boją się. Nawet gdybyś miał dostać na ulicy w zęby, to trzymaj gardę, staraj się nie poddać napierającej patologii. Lonzo tego nie zrobił, ale dzisiaj pewnie nie ma to już większego znaczenia. Znaczenie zaczął mieć za to szum wokół jego osoby, który przerodził się w huragan LaVara Balla, poniekąd szalonego ojca trash talkera, stosującego bardzo mocny madness marketing – nie potrafię znaleźć innego określenia, więc spece od marketingu proszeni są o komentarz.

Foto: AP Photo / Elaine Thompson

Dlatego historia Lonzo Balla niekoniecznie zaczyna się od pierwszego meczu w UCLA. Zaczęła się kilka lat wcześniej w malowniczym Chino Hills pod Los Angeles, w małej szkole średniej, którą wskrzesili bracia Ball, a w zasadzie po cichu hustlujący LaVar. Mający coraz większe wpływy w Chino Hills High School ostatecznie spowodował, że to jego trzej synowie (Lonzo, LiAngelo i LaMelo) stali się filarami coraz lepiej poczynającego sobie programu w rozgrywkach kalifornijskich. Ich socjologiczną historię pewnie znacie, szczególnie te wszystkie niuanse już bez Lonzo, kiedy Twitter obsypywał nas highlightami młodszych braci, którzy mieli absolutny monopol na grę. Obaj już wcześniej także zdecydowali się na program UCLA i możemy tylko przypuszczać, czy sam podpis na liście intencyjnym Lonzo nie miał na to wpływu. Pewnie miał, ponieważ zarówno LiAngelo (klasa 2017) jak i LaMelo (klasa 2019) dzisiaj nie są czołowymi prospektami w rankingach swoich roczników. O ile LiAngelo jest bardzo wielką niewiadomą, o tyle LaMelo powoli wspina się na jakiś poziom, będąc nadal przedłużeniem ręki LaVara Balla, mającego do niedawna totalny posłuch w Chino Hills High School – najpierw walcząc w poprzednich latach z byłym już trenerem Stevem Baikiem, potem z obecnym Stephanem Gillingiem.

Oprócz meczowych ekscesów LaVar Ball w mgnieniu oka stał się bardzo medialnym człowiekiem, bazując na sukcesach Lonzo i podpinając pod nie grę swoich dwóch młodszych synów, będących trochę w cieniu starszego brata. Marka Big Baller Brand (nie wierzę, że linkuję ich stronę…) weszła na rynek odzieży sportowej oczywiście kontrowersyjnie poprzez działania Papy Balla, szokując cenami ciuchów niekoniecznie z najwyższej półki. Ale prawdopodobnie był to jeden z wielu kroków do budowania marki w social mediach, w których stary Ball zaczął udzielać się coraz częściej, kończąc ostatecznie w telewizyjnych programach sportowych pokroju ESPN SportCenter. LaVar nakręcał hejterów porównywaniem swojej marki do Jordan Brand, twierdzeniach, że pokonałby Michaela Jordana jeden na jeden, zachowując przy tym „szalony zdrowy rozsądek”. To kolejny fenomen dla psychologa i nie ma w tym krzty sarkazmu.

Weekend, kamera SportCenter odwiedza okazały dom rodziny Ballów. Stary Ball w kuchni szykuje ogromne śniadanie dla swoich chłopaków. Wydaje się przy tym nieco stonowany, ale nadal pewny siebie sugerując, że robi najlepsze jajka na świecie w połączeniu z jakimś ciastem. Nieistotne. Przed kamerami daje do zrozumienia kto rządzi w domu, jednocześnie wypowiadając się na temat inwestycji w swoje dzieci. Przerabiały to siostry Williams, było też w tym trochę Tigera Woodsa, a kiedyś w UCLA grał przecież Shabazz Muhammad, którego historia wyszła na jaw dopiero po odejściu z Bruins. W przypadku LaVara Balla cel od początku był jasny – chciał stworzyć z trójki swoich synów najlepszych koszykarzy na świecie, zakopując pod ziemię swoją nieudaną sportową karierę. Nie raz w wywiadach wspominał, że jego chłopcy mają wszystko aby się rozwijać, że mają wszystko, aby być kimś i że to on im to zapewnia. Oczywiście z żoną, cierpliwą i kochającą matką. W tym punkcie jestem w stanie zrozumieć ojcowską troskę, bo sam mam dwie małe córki, ale nie potrafię zrozumieć inwestycji w dzieci, która ma lub powinna się zwrócić. Są różne rodzaje inwestycji. Może zapisać dziecko na szachy, wysłać na obóz, opłacić studia – co najlepsze, nie oczekując wielkich rzeczy w zamian. Naturalnie, jako rodzic chcesz nakierować swoje dziecko na dobry tor, ale inwestycja Papy Balla polega dokładnie na tym w czym tkwi obecnie Lonzo Ball – na grze i pieniądzach, ogromnych pieniądzach od NBA. Wracamy do jednego z meritum, ponieważ w tym całym popieprzonym szaleństwie jest żyłka Pana Mirka Handlarza, który za 495 dolarów wypuszcza buty ZO2 od Big Baller Brand.

Może jestem za naiwnie wychowany z domu, może jeszcze nie znam aż tak życia, ale nie wyobrażam sobie inwestycji w swoje dzieci, aby potem „coś mi się zwróciło”, jeszcze z nawiązką. Mam prawo żądać od nich wielu rzeczy, ale jedyne co mi będą winne moje córki kiedy dorosną to bezgraniczna miłość w zamian. Bo tę zapewniam im od pierwszego oddechu każdej z nich. Będę to robił do końca swojego życia. I w jakimś stopniu Lonzo Ball trochę kupił mnie swoim listem do taty na Players’ Tribune z okazji Dnia Ojca. Oczywiście – nie wiemy jak ta relacja wygląda od środka, ale na zewnątrz cały świat postrzega to jako swego rodzaju rodzinne szaleństwo… w którym chcąc nie chcąc tkwimy również my. Dlatego działania LaVara po części odnoszą zamierzony skutek. W zasadzie od grudnia mówimy o Ballach bezustannie.

Los Angeles Lakers po zakończeniu ery Bryanta weszli w proces przebudowy, mając niezły burdel na samym wierzchołku góry lodowej – w biurze. I nagle jak grom z jasnego nieba spadła na fanów Lakers wiadomość, że Jeanie Buss wypierdoliła wszystkich i chce zmienić w klubie wszystko. Nie będzie niczego, szefem PR-u został Kononowicz zanim Buss znalazła jakiś łepków z Yale na gruby sos. Od początku, ale krótko. W ostatnim tygodniu lutego Jeanie Buss poinformowała świat o tym, że zwolniła ze stanowiska GM’a wieloletnią ikonę klubu – Mitcha Kupchaka. Oliwy do ognia dodał fakt, że z Kupchakiem poleciał ostatecznie Jim Buss, ówczesny vice-prezydent klubu, który od kilku lat wojował z siostrą za kulisami Staples Center. I nagle PREZYDENTEM DS. OPERACJI KOSZYKARSKICH został Pan Magic. Kilka tygodni później stanowisko GM-a objął szanowany w LA Rob Pelinka, były agent Mr Bobby’ego Bryanta, poniekąd zaufany człowiek Jeanie Buss. Z nowymi władzami oraz ze spokojną córką świętej pamięci Doktora Bussa, z królową Lakers, z byłą Phila Jacksona, klub wszedł w nową erę, mając już ciekawe doświadczenia z utalentowanym Lukiem Waltonem w roli coacha.

Na końcu zaplanowanych zmagań, a w zasadzie na początku nowej drogi historia Lonzo Balla przymierzanego do Lakers zgrywa się trochę w całość. Walton jako myślący nowocześnie coach w trakcie pierwszego sezonu pracy starał się grać niezbyt pozycyjnie. Wykorzystywał nauki z Warriors, wystawiając często zmiksowane line-upy z trzema lub czterema wingmanami, albo stosując popularny już w erze szybkiego grania small-ball. Patrząc na potrzeby Lakers, którzy podczas Loterii Draftu wylosowali drugi pick – Lonzo Ball stał się dla fanów ich lokalnym bohaterem. To by była historia idealna, kiedy wychowujący się na Lakers dzieciak, potem świetny prospekt grający na dodatek w UCLA ostatecznie trafił do Lakers. Pod względem marketingowym nie ma na dzisiaj lepszego rozwiązania, a przecież akurat Lakers potrzebują kogoś kto pociągnie za sobą rzeszę fanów, tak samo jak potrzebują (w zasadzie nie potrzebują, ale chcą to mieć) większych pieniędzy ze sprzedaży biletów i koszulek. Aspekt sportowy wydawał się o tyle ciekawy, że Ball wg wielu ekspertów bez problemu wkomponowałby się w młody core Luke’a Waltona i teoretycznie mógłby grać razem z D’Angelo Russellem, tworząc obiecujący backcourt na przyszłość. Teoretycznie, aczkolwiek wiele osób nie wierzy w ich chemię i podział obowiązków w opcji ball-handling.

Kabaret zaczął na dobre się kręcić, kiedy obóz Lonzo dał wyraźnie do zrozumienia, że ich celem w Drafcie jest tylko i wyłącznie gra dla Lakers, ewentualnie dla Sixers, co potwierdziło odwołanie workoutów dla innych ekip, m.in. dla Celtics wybierających z pierwszym pickiem. LaVar Ball w dyskusjach na temat bilionowych kontraktów przemycał te swoje słowne gierki odnośnie przyszłości syna w Los Angeles. Kłania się tutaj ponownie temat opieki rodzicielskiej i obaw odnośnie połączenia starego Balla z nowym managementem Lakers. Czy Lonzo nie powinien uciekać gdzieś na Wschód, aby odciąć pępowinę i rozpocząć karierę samemu, nawet z nieco twardszym startem? Czy LaVar Ball nie będzie rakiem dla organizacji? Czy jego bliska obecność nie będzie wpływać na grę syna? Pytań odnośnie fuzji Ball-Lakers jest mnóstwo, presja na chłopaku jest ogromna, dlatego jako neutralny obserwator tego zdarzenia trochę się martwię o samą postać Lonzo Balla – zupełnego przeciwieństwa Szalonego LaVara, spokojnego i ułożonego chłopaka, który chce grać w koszykówkę. I czy dzisiaj, kiedy już wiemy, że Lonzo Ball zaliczył pierwszy kiepski workout dla Lakers, nie będziemy się zastanawiać nad sensem tego ruchu? Czy dzisiaj, kiedy już wiemy, że Lakers albo blefują, albo na poważnie kombinują z Joshem Jacksonem pod teoretyczny deal z Suns, nie będziemy się zastanawiać nad sensem tego ruchu? Wątpliwości w małym stopniu rozwiewa fakt, że Lonzo pojawił się w piątek po raz drugi w ośrodku Lakers i właśnie ten drugi workout wypadł zdecydowanie lepiej. Doskonale wiemy, że chłopak bardzo chce grać dla teamu, na którym się wychowywał. To przecież naturalne. Pod tym względem opcje fajnie się zgrywają – chcemy zobaczyć Balla u Luke’a Waltona. To może być arcyciekawe. Pamiętajmy jednak, że Draft 2017 może nas mocno zaskoczyć w czwartek, a scenariuszy na linii Ball-Lakers może być kilka.

Magic Johnson ponoć pokochał Markelle’a Fultza, którego sprzed nosa Lakers w dniu Draftu zgarną Sixers po sensacyjnej wymianie picków z Celtics, która w weekend wstrząsnęła koszykarskim Twitterem. Jeżeli nie Fultz, to Magic mocno pochyla swój wielki łeb w kierunku wspomnianego Josha Jacksona, który dla Lakers trenował dwa razy, ale ja w tym wszystkim widzę trochę zasłonę dymną, którą Lakers usilnie stosują od końca maja. Może nie chcą zapeszać i przetrzymać obóz Balla w niepewności, który nagle przyśpieszył z umawianiem treningów Lonzo dla innych drużyn. Sytuacja nabrała znacznego dynamizmu po szumnej wymianie Celtics-Sixers, ale jeżeli spojrzymy jak wyglądają picki Lakers w przyszłości, okazja złapania oddanego bohatera, który będzie za przeproszeniem dla nich zapierdalał, może się długo nie powtórzyć. Aczkolwiek NBA to tylko biznes, o czym przekonał się oddany Jeziorowcom Julius Randle, który z soboty na niedzielę pojawił się w plotkach transferowych odnośnie potencjalnego dealu z Celtics, zanim ci dogadali się z Philadelphią.

Dlatego pomimo ostatnich szumów dotyczących Draftu, potencjalnych dealów oraz jakiejś nutki niepewności – moim skromnym zdaniem Lonzo Ball i Lakers potrzebują siebie nawzajem tylko pod jednym warunkiem – jeżeli w tym związku nie będzie pojawiał się LaVar Ball, obojętnie w jakiej roli, aczkolwiek najlepiej jakby tylko pojawiał się w roli ojca dla swojego syna, kiedy ten będzie tego potrzebował. Pozostałe scenariusze mogą okazać się niebezpiecznie, kiedy nagle agentem Lonzo zostanie LaVar (obecnie agentem ‘Zo jest niejaki Harrison Gaines, pracujący dla Ball Sports Group) i to on będzie dyktował warunki, na które rzekomo Magic Johnson nie będzie reagował. Byłoby niesamowicie źle, gdyby po wyborze Lonzo atmosfera w pewnej części sezonu zaczęła przypominać w klubie cyrk. Byłoby źle dla wszystkich (dla Waltona, Pelinki, Magica, byłej Phila, szczególnie dla fanów), być może poza LaVarem, który wraz z podpisaniem pierwszego kontraktu przez swojego pierworodnego wygra. W zasadzie już wygrał, ale my jako fani dobrej koszykówki oraz rozwoju świetnie zapowiadających się graczy powinniśmy wierzyć, że wszystko dobrze się ułoży, a Lonzo Ball nie będzie kolejnym Jasonem Kiddem czy Magiciem Johnsonem  – będzie po prostu Lonzo Ballem, który zapisze się na kartach historii najlepszej ligi świata.

Bez względu na to gdzie ostatecznie rozpocznie swoją zawodową karierę…

12 KOMENTARZE

  1. Super tekst! Czekam z niecierpliwością na kolejne i na jakieś spotkanie na działce z cytrynówką 😀 Powodzenia ze stroną i oby to się rozwinęło jak najlepiej.

  2. Jako fan Lakers kupuję tą historię i nawet mając do wyboru M. Fultz’a to nie zastanawiałbym się na miejscu Lakers tylko wybrał właśnie Lonzo. Tak jak Sebastian napisałeś chłopak jest przeciwieństwem swojego ojca, co prawda widziałem tylko kilka jego spotkań ale nie mogę się doczekać żeby zobaczyć go w koszulce LA.

    BTW. Piątkowy workout nie był w siedzibie Lakers, podobno Magic z Pelinką pojechali do Chino Hills zobaczyć jak wygląda „rutyna” Lonzo 😉
    Pozdrawiam i fajnie, że wystartowałeś z hoopsami. Powodzenia 🙂

  3. Heh, ten tekst jest jak oaza spokoju na tafli trójkąta hollywoodzkiego Lakers-Lonzo-LaVar 🙂 Nie wiemu czemu, ale ten spokój i wyważenie to chyba ostatnie rzeczy jakich się spodziewałem. Czuć, że dopiero rozpalasz grilla…

    Doceniam, że Hoopsy Hetmana próbują zapewnić fanom możliwie najmiększe lądowanie w poniedziałek po długim weekendzie, nie zapomnę 🙂

    Osobiście chcę Lonzo w LAL, może to pójść w różne strony, ale większość (wszystkie?) scenariusze wydają się być ciekawe/bardzo ciekawe więc niech już sobie darują te blefy z JJ i nie straszą ludzi.

  4. Gratulacje, strona wygląda bardzo profesjonalnie.
    Własny brand to już odpowiedzialność, żarty się skończyły 🙂
    Koniec z opierdalaniem 🙂 czekamy na regularne wpisy !

  5. Świetny pomysł i start, będę czytać na bieżąco!
    „(…)który będzie za przeproszeniem dla nich zapierdalał(…)” – tym zwrotem otworzyłeś mi oczy na kolejny aspekt – wybierając Lonzo z miejsca masz gracza, który kocha Twoją organizację i zrobi co może, by być lepszy dla drużyny. Nie wyobrażam sobie kręcenia nosem i szukania wymian po paru sezonach; on chce być legendą klubu tak jak Kobe. W dzisiejszych czasach, gdy w wolnej agenturze może wydarzyć się wszystko (czy Lebron nie odejdzie za rok?) jest to bardzo istotna kwestia.
    Jeśli jednak go nie wybiorą… To czy Celtics nie powinni jednak zaryzykować, Lonzo pokocha nowy dom i będzie chciał się zemścić na Lakers, którym był gotów poświęcić wszystko? Przerysowuję, ale to dla mnie chyba najciekawszy draft od dłuższego czasu.

  6. I have noticed you don’t monetize your website, don’t waste your traffic,
    you can earn additional cash every month because you’ve got hi quality content.
    If you want to know how to make extra bucks, search for: Mrdalekjd
    methods for $$$

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here